Ⓒ Copyright Lech Milewski i Tadeusz Gajl

Kopiowanie całości lub fragmentów na bezpłatnym internecie dozwolone pod warunkiem podania linku do tego blogu.

Kopiowanie na innych mediach tylko po uzyskaniu pisemnej zgody autorów.

Kontakt:
Lech Milewski: pharlap@gazeta.pl
Tadeusz Gajl:tadeuszgajl@gmail.com

RSS
sobota, 16 stycznia 2016

Lech  Lech

Komuna zniknęła więc przyszedł również czas na Dziecko Komuny.

Jak tu zacząć kończyć?

Od podziękowań. Najlepiej chronologicznie.
Pierwsze podziękowanie złożyłem już w 2006 roku. Najpierw w pracy. Zakończyłem ją jeden dzień po osiągnięciu wieku emerytalnego. Zaraz potem odszukałem na internecie Ruth L., tę która jako pierwsza dała mi dobre referencje w Australii.
Jakiś czas później miałem  przyjemność podziękować jej osobiście w Melbourne...

Ruth

Australię często nazywają krajem drugiej szansy. Jestem przykładem słuszności tej nazwy...
Nawet moje szkolne marzenie - brać udział w Olimpiadzie w Melbourne - w jakiś sposób się spełniło. Brałem udział w biegu, którego meta była na stadionie olimpijskim - MCG. Poniżej - przed biegiem, po najechaniu myszą - po biegu - rozglądam się za swoimi wspomnieniami z 1956 roku, znalazłem...

MCG

Spełniły się również jeszcze wcześniejsze dziecinne sny o śnieżnych wedrówkach narciarskich. Odkryłem narciarstwo biegowe i uczestniczyłem w maratonach narciarskich w 17 krajach. Ostatnim był Bieg Piastów.
Poniżej wyścigi w Australii - w słońcu i podczas śnieżycy (proszę najechać myszą)...

Słońce

Los byl tak skrupulatny, że spełnił moje zawodowe tęsknoty z Kuwejtu - opracować ciekawy system komputerowy na Univacu. Był to system sterowania wymianą części w samolocie...

TAA

Pisanie

Nawet taki kaprys jak napisanie opowiadania po angielsku zaowocował wymierną nagrodą.

Dziękuje Ci Australio, przyjęłaś mnie jak swoje naturalne dziecko a nawet dużo lepiej.

Obawiam się jednak, że nie odpłaciłem pięknym za nadobne. Zadowoliłem się drobnymi efekciarskimi sukcesami a zaniedbałem bardziej wymierne talenty.
W którymś momencie moje zarobki osiągnęły całkiem przyzwoity poziom. Kolega w pracy spytał:
- Akcje czy nieruchomości?
- Ani jedno ani drugie.
- Bardzo niedobrze - spojrzał nia mnie ze smutkiem - praca i zarobki z niej są tylko środkiem do celu.
- A co jest celem?
- Żeby to pieniądze na ciebie pracowały. 24 godziny na dobę. Ty sobie śpisz a twój kapitał rośnie.
Zasmuciłem się. Więc moja praca, która daje mi tyle radości, i która jest ceniona przez wiele osób, jest mniej ważna niż jakiś automat do pomnażania kapitału.

To był niewątpliwie wpływ komuny. Przez długie lata starano się wpoić ludziom przyzwyczajenie aby pracować 8 godzin a potem mieć czas na rekreację, kulturę, zabawę. 
Przypomniała mi się oglądana w telewizji rozmowa ze Światosławem Richterem - bywało, że razem z Dawidem Ojstrachem tłukliśmy się 2 dni pociągiem aby dać koncert w niewielkiej osadzie na Syberii. 
- Przecież o wasz występ ubiegały się najlepsze sale koncertowe świata - dziwił się reporter.
- Ludziom, którzy ciężko pracują w gdzieś na końcu świata też należy się dobra muzyka - odpowiedział S. Richter.

Ale nie powiedziałem o tym mojemu rozmówcy.
- Myślałem o tym (akcje, nieruchomości) - skłamałem - ale nie mogę ludziom zrobić takiej krzywdy.
-????
- Jestem pewien, że w momencie gdy zainwestuję w akcje czy nieruchomości, nastąpi jakiś krach i wszyscy stracą.
- Co za bzdura!
- Wcale nie. Czy wiesz, że żadna z instytucji, w których dotychczas pracowałem nie przetrwała długo po moim odejściu?
To była prawda. Moje obawy też okazały się słuszne. W ostatnich latach pracy odkładałem na fundusz emerytalny, który ulokowany był w akcjach. Wkrótce po moim przejściu na emeryturę nastąpił krach finansowy 2008 roku.

Paradoksalnie z pomocą przyszła mi Polska - dostałem bardzo przyzwoitą emeryturę dzięki umowie podpisanej z Australią w 2010 roku. Do stażu emerytalnego wliczono lata pracy w Australii.

Herbarz

I jeszcze jedna druga szansa, tym razem od szkolnego kolegi. Tadeusz jest jednym z najbardziej cenionych w Polsce specjalistów w dziedzinie heraldyki, autorem kilku herbarzy - KLIK. 
Opracował również szczegółową koncepcję internetowej wyszukiwarki herbów. Potrzebował tylko programisty i wybrał mnie mimo, że nie miałem żadnego doświadczenia w programowaniu stron internetowych. Dzięki jego inspiracji i pomocy zdobyłem nowe doświadczenie.
Wyszukiwarka funkcjonuje już prawie 10 lat - KLIK. Codziennie korzysta z niej kilkaset osób. Wprowadzone przez Tadeusza wyszukiwanie graficzne jest unikalnym rozwiązaniem i zyskało nam wdzięczność pracowników naukowych w archiwach i muzeach.

Któregoś dnia Michał po powrocie ze szkoły poprosił żebym wyszedł z nim na spacer. Zdecydowanym krokiem zaprowadził mnie na sąsiednią ulicę i pokazał świeżo postawiony płot.
- Tatusiu, ten płot zbudował tatuś Simona.
- Całkiem ładny płot - odpowiedziałem czując już co się święci.
- Tatusiu, a czy ty tutaj coś wybudowałeś?
Uśmiechnąłem się z zażenowianiem. Wskazałem lecący nad naszymi głowami samolot.
- Widzisz ten samolot? On leci bezpiecznie bo ja opracowałem system, który pilnuje żeby żadna część nie popsuła się podczas lotu.
Po minie Michała widziałem, że to żaden argument. Przypomniały mi się rozważania w okresie zakładania rodziny - komuna przetrwa jeszcze setki lat a my, polska rodzina, przetrwamy komunę. W takich warunkach odpowiedź na pytanie Michała byłaby prosta - mógłbym zaprowadzić go na cmentarz, na groby przodków, którzy żyli w czasach caratu, w czasach okupacji. Nasze życie było tylko kontynuacją.
Ale co odpowiedzieć kiedy przetrwanie komuny okazało się fraszką? Ale co odpowiedzieć w Australii gdzie nie odwiedza się grobów?

Jakąś odpowiedzią byłoby zbudowanie solidnej bazy finansowej dla rodziny i ukierunkowanie dzieci aby to kontynuowały. Tak właśnie zrobiło wiele osób będących w podobnej sytuacji jak ja. Osiągnęli sukces a startowali z dużo gorszej pozycji niż ja. Jestem jednak pewien, że żadna z nich nie nazwałaby samej siebie dzieckiem komuny.

Wydaje mi się, że życie w PRL, szczególnie w latach stalinowskich, spowodowało u mnie spore pomieszanie życia na jawie z marzeniami. W moim przypadku zaowocowało to z jednej strony dużą dozą satysfakcji i zadowolenia z siebie, z drugiej strony nie dawałem chyba poczucia pewności i stabilizacji osobom ze mną związanym.
Może to spowodowało, że nasze dzieci wybrały styl życia nieco odmienny od powszechnie praktykowanego.

Wracam do podziekowań - dziękuję naszym czytelników i komentatorom za poświęcony czas i pozytywne wibracje.
I wreszcie... najważniejsze - bardzo serdecznie dziękuję współautorom, Wiesi i Tadeuszowi, za wzbogacenie tego blogu wpomnieniami i refleksjami. A przede wszystkim za to, że byli i są ze mną.

Na koniec blogu potop. Nie, nie mam na myśli powiedzenia - po mnie potop. Moje utopie utopiły się już w połowie mojego życia. Od tego czasu płynę, jak bohater poniższej piosenki...

Życzę moim bliskim i dalekim żeby płynęli jak im się nawet nie śniło.

Tagi: 2016
10:24, pharlap
Link Komentarze (19) »
czwartek, 14 stycznia 2016

Moim pierwotnym zamierzeniem było odczekać w Australii aż w Polsce zakończy się stan wojenny, wszystko wróci do starego ładu - tego sprzed 1980 roku - i wrócić.
Lata mijały a sytuacja była wciąż zagmatwana.

Pierwsza odwiedzila Polskę Sylwia, w 1988 roku. Według jej relacji panował zupełny bałagan i niepewność.

W 1991 pojechala do Polski Ania. Była już na studiach - informatyka. Zaproponowaliśmy żeby przerwała studia i pojechała na pół roku do Europy, głównie do Polski. Zgodziliśmy się, że najlepszym sposobem wejścia w towarzystwo rówieśników będą studia. Nie było problemu z zapisaniem jej na 2 rok informatyki na Uniwersytecie Warszawskim.
Ania odwdzięczyła się obszernymi listami. Gdy pokazałem je swoim polskim znajomym w Kanadzie załatwili ich publikację w polskiej gazecie w Toronto... 

Toronto

Poniżej kilka wybranych fragmentów z listów Ani...

Ania  Ania

Doleciałam!
Muszę stwierdzić, że naprawdę niektórym ludziom miesza się w głowie podczas podróży. Wsiadam do samolotu a tu na moim miejscu Włosi. Ja do nich delikatnie, że siedzą na moim miejscu, a oni do mnie z całym wykładem po włosku. W końcu jednak ustąpili jak poprosiłam stewarda o pomoc.
Wcisnęłam się na moje miejsce przy oknie, zdjęłam akubrę, położyłam sobie poduszeczkę pod głowę i wyciągnęłam nogi. Włoska para patrzyła na mnie trochę dziwnie, ale jak się najedli to nawet próbowali ze mna rozmawiać.... 
DC9, którym leciałam z Rzymu do Polski, był malutki i tak klekotał, że myślałam, że sie w każdej chwili rozprśsnie. Ale się nie rozprysnął i wylądowaliśmy w Warszawie.

W sobotę rano poszliśmy na bazar. To znaczy stoją tam domeczki 3x3m z jasnego drzewa i gdyby było wiecej śniegu to można by pomysleć, że jest się na Alasce.

Niedziela, ledwo zdążyłyśmy do kościoła. Byłyśmy na mszy młodzieżowej. Może była ona i lepsza od innych, ale ja nie zauważyłam bo musiałam za duzo stać....

Następny tydzień Ania spędziła na nartach na Szrenicy. Potem spotkała się ze swoją australijską koleżanką szkolną Susan...

Właśnie wróciłam z mojej wyprawy z Susan. Najpierw pokazałam jej Warszawę - Stare Miasto, Łazienki.
Warszawa bardzo się Susan podobała bo ona uwielbia bazary i stragany a tego tutaj pełno. Kiedy się wałęsałyśmy po Warszanie spotkałyśmy "buskersów". I to z niebylekąd bo z Boliwii. No to po co jeżdzić do Ameryki Południowej jak Europa oferuje wszystko?

Potem wybrałyśmy się do Krakowa. Zanim tam dojechałyśmy i znalazłyśmy nocleg  to była już 14.
Popędziłyśmy więc pod Sukiennice. Obeszłyśmy rynek chyba 5 razy.
Następnego dnia poszłyśmy na Wawel a potem do Wieliczki razem z Kanadyjką, która mieszka z nami w pokoju.
Wieliczka to jest bajka. W Polsce przebywa teraz Steven Spielberg. Jak zobaczy Wieliczkę to na pewno tysiąc pomysłów przyjdzie mu do głowy.

W niedzielę rano , skoro dzień zaświtał, byłyśmy już na dworcu PKS. Kilku autobusów do Zakopanego nie było na rozkładzie. My załapałyśmy się na taki nieistniejący. Gdy wsiadałyśmy to powiedzieli nam, że wszystkie miejsca są już wysprzedane, ale oczywiście zmieściłyśmy się, my i jeszcze pięć osób bez biletu.
W Zakopanem przywitała nas piękna pogoda. Wjechałyśmy kolejką na Gubałówkę - Tatry wyglądały prześlicznie i bardzo blisko. Na dół zjechałyśmy na pupie.
W poniedziałek rano udałyśmy się do kolejki linowej. Zdecydowałyśmy się pojechać saniami, a że ja się spodobałam "kierowcy" to obniżył nam cenę i całowali po rączkach.
Na Kasprowy nie wjechałyśmy - 40,000 zł ($4) w jedną stronę to za drogo. Poszłyśmy za to na Giewont. Śnieg był po pas, zbocze strome, szlak nieprzetarty. Na szczyt nie dałyśmy rady wejść, ale zjazd na pupie był wspaniały.
Następnego dnia znowu trzeba się wcześnie pakować i jechać dalej - autobusem na Łysą Polanę. Ja przeszłam przez granicę bez problemu bo mam polski paszport, ale Susan musiała czekać na wizę i dzięki temu uciekł nam autobus. Nie wiedziałyśmy kiedy jest następny autobus, ale złapałyśmy autokar, który dowiózł nas do Tatrzańskiej Łomnicy.

W Czechosłowacji podróże i jedzenie są bardzo tanie, ale inne rzeczy są droższe niż w Polsce więc najadłyśmy się i pojechałyśmy do Popradu. Tam nie było co robić więc obejrzałyśmy film Komando a po filmie załapałyśmy sie na pociąg do Pragi. Jechałyśmy kuszetką, ale pociąg był bardzo rozklekotany a w przedziale gorąco, nie wyspałyśmy się.
Praga jest pięknym miastem, ale po siedmiu dniach ostrego chodzenia i pięciu dniach podróży dla nas mogła być tylko męcząca. Najbardziej nas ucieszyło kiedy spotkałyśmy buskerów z Boliwii i Peru i mogłyśmy usiąść na ulicy żeby ich posłuchać. Dotrwałyśmy jakoś do wieczora i znowu na pociąg.
Jeszcze rano kupiłam bilet, ale nikt mi nie powiedział, że trzeba kupić miejscówki. Jak głupia latałam po dworcu żeby się dowiedzieć, że 10 minut przed odjazdem pociągu już się miejscówek nie sprzedaje.

Pożegnałam się z Susan i wsiadłam do wagonu kuszetkowego. Tam dostałam nie tylko kuszetkę, ale cały przedział. W sąsiednim przedziale siedzieli jacyś faceci, którzy regularnie tu kursują i przewożą wódkę i koszulki do Polski. Zaczęli sie dziwować, że sama jadę i opowiadać mi historie o swoich podróżach tym właśnie pociągiem.
Jak to w Katowicach wsiadają rzezimieszki, którzy otwierają przedziały i wykradają wszystko, albo najpierw gazują cały wagon, żeby mieć zapewniony łup.
Włosy mi stanęły dęba a szczęka uderzyła twardo o podłogę ze strachu i zdziwienia.
Zanim poszłam spać namoczyłam sobie mały ręczniczek, zamknęłam przedział na zamek i łańcuch i położyłam się głową do okna. W ten sposób przechodzień nie widział kto jest w przedziale a ja widziałam jego.
Gdyby gazowali a ja bym się zorientowała, to mogłabym ręczniczkiem zakryć twarz i otworzyć okno. Byłam tak z siebie zadowolona, że nie mogłam zasnąć.
Po północy zbudzili mnie celnicy. Podstępowali paszport i poszli dalej. Godzinę później dojechaliśmy do Katowic, słyszałam jak faceci obok wysiadali.

Zostałam sama - dreszcze strachu.
Nagle obudziłam się, byliśmy na jakiejś stacji, pociąg już ruszał - Warszawa Zachodnia - odetchnęłam. 
Ubrałam sie piorunem i zadowolona wyparadowałam z przedziału. Pociąg właśnie się zatrzymał - Warszawa Centralna - próbuję otwarzyć drzwi a tu nic. Biegnę na drugi koniec wagonu - to samo. Panika! Na szczęście nie straciłam zmysłów i przeszłam do następnego wagonu a tam konduktor mnie wypuścił. Okazało się, że od Katowic wszystkie wagony były pozamykane przed rzezimieszkami a konduktor zaspał.

Studia.

Luty 1991... w poniedziałek zaczęły sie studia. Najpierw czułam się bardzo samotna, ale zainteresował się moją osobą pewien Staszek. Bardzo fajny chłopak, który robi wszystko żeby mnie gdzieś wyciągnąć.

Na wykładzeie często muszę prosić o przetłumaczenie pewnych słów. A czasem nawet jak rozumiem wszystkie słowa to nadal nie rozumiem zdania. Ale jak pytam innych studentów o wytłumaczenie to są bardzo pomocni.
Przedmioty mam następujące:
Algorytmy i struktury danych. Wykładowca - pan D. - jest świetny. Przedmiot bardzo oparty na matmie i bardzo mi się podoba.
Systemy Operacyjne - wykładowca - pan M. - jest nudny, ale mam kopie wszystkich notatek to nie muszę chodzić na wykłady.
Metody Przetwarzania Danych - pan W.
Tatusiu! Myśmy myśleli, że w Austrlii oni sobie robią żarty z tych baz danych, ale tutaj oni zupełnie zwariowali na punkcie zapisu relacji w sposób matematyczny. Wykładowca jest bardzo "profesorowy".
Metody Optymalizacji - wykładowca O. Pan O. właśnie wrócił z zagranicy i uważa się za wszechmogącego. Ale na razie zajęć nie było bo pan O. spóźnił sie o więcej niż studencki kwadrans.
Metody Translacji - pan L. Pan L. jest bardzo "cool". Przedmiot ten robiłam już  Australii jest bardzo fajny i w pewnym sensie lepiej uczony niż na uniwersytecie Monash.

W środę wieczorem byłam na musicalu Metro. Fantastyczne! Nareszcie ktoś użył technologię laserową. Jedna scena była nie do uwierzenia.

W czwartek byłam na koniach - piękne konie. Nie kopią, nie gryzą. Czasami zrzucają. Bez bata nie ruszają się, z batem - czasem głupieją. Nie są ostrzejsze od tego samego typu kona w Australii.

28/2/1991 - przebrnęłam przez drugi tydzień studiów i muszę powiedzieć, że do tej pory zawiodłam się. Tutaj są tylko dwaj prawdziwy komputerowcy, ale jeden to teoretyk więc zostaje jeden. Cała reszta to konie z klapkami na oczach, którzy chcą tylko skończyć bo wtedy będą zarabiali "melony"....
Nie mają tego błysku w oczach, nie rozmawiają z podnieceniem i przyspieszonym biciem serca, w oczach nie zabłyśnie im iskierka fantacji gdy wymawiają słowo UNIX.
Przecież jak my na Monash dostaliśmy konta na UNIX to resztę dnia spędziliśmy na komputerze.
A tutaj oni zobaczyli co mają w katalogu i sobie poszli. Nie chcieli hackować, nie chcieli wysłać maili, nie chcieli rozmawiać.
To po prostu ręce opadają. Po co oni robią ten kurs w takim razie?

W Tłusty Czwartek, czyli wczoraj, byłam drugi raz na koniach. Przywiozłam ptasie mleczko co bardzo spodobało się mojemu instruktorowi...
Szef zakładu nazywa się Witek i pamięta Janusza S. ze swoich młodych lat. A w ogóle to mu się bardzo spodobałam i pozwolił mi jeździć 2 razy w tygodniu.
Za 18 lekcji po 1.5 godz zapłaciłam 400,000 zł.
W ogóle towarzystwo końskie jest świetne - gorsi pijacy od Janusza! Tu nie ma mowy żeby ktoś wsiadł na konia bez strzemiennego. A jak skończą jeździć to piją dalej i grają w brydża. Co za życie!

Jak się łatwo domyślić Ania wkrótce przestała chodzić na Uniwersytet za to podwoiła, potroiła, ilość lekcji jazdy konnej.

W marcu wyjechała z kuzynką na narty do Zakopanego. W maju pojechala na spływ kajakowy na Dunajcu. Potem odbyła ponad miesięczną wędrówkę po Europie. Poniżej końcowy przystanek - wyspa St Michel...

Saint Michel

Jesienią 1991 ja pojechałem do Polski. Wrażenia podobne jak Sylwii i Ani - buskersi z Południowej Ameryki grali nadal...

Buskersi

Na każdym kroku sklepikarze, na Stadionie X lecia - sklepikarze, w Pałacu Kultury - sklepikarze. Zdałem sobie sprawę jak bardzo rządy komuny ograniczały prawdziwe aspiracje wielu moich rodaków.

W 1997 roku Michał, również student informatyki, powtórzył doświadczenie Ani. Z tym, że nie poszedł na studia. Spędził kilka tygodni na nartach na Słowacji i w Austrii a potem znalazł sobie niezłą pracę jako nauczyciel angielskiego w prywatnych szkołach. 
Wtedy Polska wydawała się już być ustabilizowanym krajem. Michałowi ogromnie się podobała. Zainteresował się polską literaturą, stał się wielbicielem książek Marka Hłasko. 
Miałem duże nadzieje, że po skończeniu studiów w Australii przeniesie się do Polski.  

Nie spełniły się. Odwiedził Polskę w 2008 roku wraz z żoną Australijką i dwójką dzieci. Ukoronowaniem wyjazdu był udział w festiwalu polonijnych zespołów folklorystycznych w Rzeszowie...

Polonez Melbourne

Powyżej występ na scenie na placu w Rzeszowie.

Poniżej - po festiwalu - pociąg Rzeszow-Kraków. Dla mnie to już ODJAZD...

Powrót

Tagi: 1991 Polska
08:43, pharlap
Link Komentarze (2) »
wtorek, 12 stycznia 2016

Lech  Lech

Moja pierwsza praca...

J.Gadsden Packaging czyli fabryka puszek do piwa w przemysłowej dzielnicy Coburg. Wydaje mi się, że moje doświadczenie z pracy w przemyśle było głównym atutem. 
Zaczęło się jak w Polsce - badanie lekarskie w fabrycznym ambulatorium.  Fabryka też dość podobna do polskich fabryk. Biura firmy i ośrodek komputerowy mieściły się w centrum Melbourne. 

Pierwsza pensja - $24,000 rocznie - była raczej kiepska, ale to był drobiazg, najważniejsze było dla mnie Australian experience.
Komputer HP3000 - całkiem przyzwoity minikomputer. Język programowania - COBOL. To nie było dla mnie problemem. Chyba od pierwszego dnia byłem w pełni wydajnym pracownikiem.
W ośrodku komputerowym było zatrudnionych 8 osób, byłem mile zaskoczony ich kwalifikacjami.
Moje pierwsze zadanie - planowanie produkcji - to była moja specjalność z pierwszej pracy w Polsce. Puszka do piwa w porównaniu z iskrownikiem motocykla to była fraszka. Chyba byłem zbyt arogancki gdyż pierwsza próba uruchomienia nowego systemu mojego autorstwa zakończyła się niepowodzeniem. Powtórka 2 tygodnie później poszła już dobrze.
Te 2 tygodnie to była istotna lekcja - w przypadku niepowodzenia nie wstydź się,  poproś o pomoc, ludzie są życzliwi.

W pierwszej pracy czułem się trochę nie w porządku. Zaczynałem ją z przeświadczeniem, że to tylko drobny stopień w dalszej karierze. Niech tylko uzbieram rok australijskiego doświadczenia i lecę dalej, wyżej. To było logiczne. Tylko zmiana pracy pozwoli mi znacząco podwyższyć zarobki. Poza tym to była zbyt mała firma i zbyt prosta produkcja. Nie widziałem tu wielkich perspektyw.  Jednak zarówno mój szef jak i współpracownicy byli tak sympatyczni, że było mi przykro myśleć o odejściu.
Większość pracowników ośrodka to byli Australijczycy, ale trafił się jeden Rosjanin, to znaczy Żyd z Białorusi, Arkady. Kapitalne poczucie humoru a do tego ileż wspólnych tematów. Któregoś dnia Arkady wziął mnie na spytki:
- Lech, powiedz jak to w Polsce było, bo u nas opowiadali tyle plotek.
- Jakich plotek?
- Są u was sklepy dewizowe? Można dostać paszport? Są prywatni lekarze? Są prywatni rolnicy? 
Lista pytań była długa. Na wszystkie udzieliłem odpowiedzi twierdzącej. Arkady popatrzył mi uważnie w oczy:
- Lech, wyście chyba oszaleli! Skąd wam przyszło do głowy zmieniać taki system? 
Przyznawałem mu rację.

Życie...
Już na początku marca wynajęliśmy mieszkanie w bloku niedaleko od szkoły Michała. Mając w pamięci upały wybraliśmy chłodne mieszkanie, z oknami na bezsłoneczne południe. W połowie marca przyszły takie chłody, że nabawiłem się gorączki reumatycznej. Wydaliśmy fortunę na grzejniki, elektryczną podkładkę pod prześcieradło itp.  

Gdy tylko dostałem pracę kupiłem samochód - Ford Cortina - używany, automatic, bardzo solidna i ciężka maszyna.
Oczywiście przed zakupem samochodu zdaliśmy oboje egzamin na prawo jazdy. Na szczęście musieliśmy zdawać tylko egzamin pisemny. Sylwia dostała arkusze egzaminacyjne w języku polskim. Do każdego pytania 4 odpowiedzi do wyboru. Kilka odpowiedzi zapamiętałem do dzisiaj:
Pytanie - czy podczas jazdy samochodem można wyrzucać śmieci przez okno?
Jedna z odpowiedzi - tylko na wsi.
Pytanie: jak się zachować gdy zobaczysz znak Szpital?
Jedna z odpowiedzi - zatrąbić.
Pytanie: jak się zachować gdy za tobą jedzie wóz strażacki na sygnale?
Jedna z odpowiedzi - ustąpić drogi a potem jechać za nim i pomagać gasić.
Pierwszą praktykę miałem wkrótce po zdaniu egzaminu. Przyszły nasze rzeczy wysłane drogą morską. Musiałem odebrać je z magazynu portowego.
To byl dobry test - wynająć samochód bagażowy w centrum miasta, przejechać przez miasto, znaleźć drogę w portowym labryncie. Wszystko w ruchu lewostronnym. Nie było trudno, po prostu jechać tak jak samochód przede mną. Jedyne poważne wątpliwości miałem gdy trzeba było skręcić w prawo z lewego pasa. To specjalność Melbourne - KLIK.
Samo prawo jazdy było ciekawym dokumentem - nie było na nim zdjęcia właściciela...

Prawo jazdy

Dla wiekszości osób był to jedyny dokument tożsamości, nie było (i nie ma nadal) żadnych dowodów osobistych czy kart identyfikacyjnych.

Wszystkie formalności okazały się bardzo proste - konto w banku, zasiłek rodzinny, ubezpieczenie, wynajęcie mieszkania, załatwienie tefonu. To ostatnie najbardziej nam zaimponowało gdyż w Polsce nie doczekaliśmy się telefonu. Tu czekaliśmy niecałą dobę.

Szkoła dzieci. Wszystko szło bardzo dobrze. Michał asymilował się w Australii...

Bumerang

Ania błyszczała nadal blaskiem angielskiej szkoły. Któregoś dnia zadzwonil do mnie jej wychowawca.
- Ta twoja córka jest nadzwyczajna. A już w językach obcych.
- ????
- Jak ona świetne zna francuski! Poziom maturalny. Ona chyba się nudzi na lekcji.
- Nie szkodzi. Nowy kraj, sporo stresów. Niech się zrelaksuje na jednym przedmiocie.
- O tym chciałem z tobą porozmawiać. Co myślisz o przeniesieniu jej na język grecki?
- Grecki? Co za pomysł dziwny?
- Jest taka sprawa, że mamy tu nauczyciela greckiego, ale jak nie zbierzemy 16 uczniów to on straci pracę. Wszak też jesteś nowym imigrantem. Powinieneś to zrozumieć.
Spytałem Ani o zdanie. Śmała się - ta cała szkoła to jeden żart, wszystkie przedmioty. Może być grecki. Zgodziłem się. Ania z greckim nie miała żadnego problem, ale też niczego się nie nauczyła.
Jedyna sprawa, która mnie smuciła to brak kontaktu dzieci z rówieśnikami. Po szkole każde dziecko wracało do domu. Nie było podwórek, nikt nie bawił się na ulicy. W naszym bloku nie mieszkały żadne dzieci.

Możliwości pracy dla Sylwii były mocno ograniczone. W Polsce ukończyła pomaturalną szkołę techników fizjoterapii. Tutaj taka specjalność nie istniałą. Albo pielęgniarka albo fizjoterapeuta. Oba zawody wymagały długoletnich studiów. 
Narazie priorytetem był język angielski. Na szczęście były dostępne kursy angielskiego dla świeżoprzybyłych migrantów. 

Radosnym wydarzeniem była kilkudniowa wizyta w Melbourne mojego kuzyna - Józefa Milewskiego...

Józef M.

Józef był dyrektorem wielkiej francuskiej kopalni azbestu w Brazylii i przyjechał do Australii służbowo.
- Chcesz sprzedawać azbest w Australii? - zdumiałem się - tu właśnie zaczęła się antyazbestowa histeria.
Józef zapewniał mnie, że azbest z jego kopalni jest bezpieczny. Ulubionym zajęciem jego trójki dzieci było turlanie się w dół w tumanach pyłu z azbestowych hałd. Jednak Australijczyków nie przekonał. Na marginesie wspomnę, że Józef odkrył złoża azbestu w Brazylii, stoczył wielką batalię o zezwolenie francuskiej firmie na budowę kopalni i w końcu został tej kopalni dyrektorem. Na interecie znalazłem tylko maleńki ślad tej pasjonującej historii - KLIK.
Dla mnie ta wizyta była bardzo istotna, nie żyjemy na zupenym odludziu, nie zostaliśmy całkiem zapomniani.

Oczywiście niezawodną ostoją był gościnny dom Basi i Janusza. Wkrótce potrzebowaliśmy ich rady i pomocy w bardzo poważnej sprawie.
Bank ANZ ogłosił, że dla nowych migrantów znosi na 3 miesiące ograniczenia w udzielaniu kredytów na dom (2 lata systematycznego oszczędzania, spory depozyt).
- Absolutnie powinniście z tego skorzystać - radziła Basia - własny dom to najlepsza inwestycja. Jak nie skorzystacie teraz to będziecie jeszcze przez 2 lata płacić za nieswoje a przez 2 lata ceny pójdą w górę.
Dostaliśmy pożyczkę - $30,000, plus obietnicę dodatkowej pożyczki prywatnej do $10,000. Musieliśmy kupić dom w ciągu 3 miesięcy, potem pożyczka przepadała.
Każdy weekend spędzaliśmy na poszukiwaniach.
- Szukajcie w dobrych dzielnicach - radziła Basia - najgorszy dom w najlepszej dzielnicy, to powinno być waszą dewizą.
Znaleźliśmy...

Dom

Cena $63,500. O dużo za dużo. Bank pożyczył nam w sumie $40,000. Wysupłałem wszystkie oszczędności, resztę pożyczyli nam Basia i Janusz.
Spłaty dwóch pożyczek w banku plus pożyczki od Basi i Janusza to było bardzo duże obciążenie. Sylwia podjęła pracę jako szwaczka w fabryce kostiumów kapielowych.
Na wprowadzenie się do naszego domu musieliśmy czekać 3 miesiące. Prawie co weekend podjeżdżaliśmy sprawdzić czy dom jeszcze stoi. Podczas jednej z wizyt spotkaliśmy naszego sąsiada - George'a. Okazało się, że był weteranem bitwy pod Tobrukiem i pamiętał udział Polaków w tej bitwie...

Polskie szczury Tobruku

Powyżej polscy weterani Bitwy pod Tobrukiem na corocznej paradzie w Melbourne.

Po sprawdzeniu czy słyszeliśmy o królu Janie Sobieskim wyraźnie nas zaakceptował. Poinformował nas, że dom jest niezamieszkały, my nie mamy jeszcze prawa wstępu, ale on przejdzie przez dziurę w płocie i zacznie kosić regularnie trawę gdyż w innym przypadku tak zarośnie, że żadna kosiarka jej nie weźmie.

We wrześniu wprowadziliśmy się do własnego domu. Wymagał sporo drobnych prac. Część udało nam się wykonać. Resztę powinniśmy zrobić podczas letnich wakacji.
Lato w grudniu. To było dziwne i nienaturalne. Wigilię spędziliśmy u Basi i Janusza. Próżno było czekać na pierwszą gwiazdę. Polskie dania wigilijne smakowały dziwnie podczas upału.

Po Świętach wiele instytucji zawieszało działalność na minimum 2 tygodnie. Tak było w Sylwii i mojej pracy. To był właściwy czas na poważniejsze prace wokół domu. Jednak stare przyzwyczajenia tak łatwo nie ustepują. Wszak od dzieciństwa wiedzieliśmy, że w lecie dzieci jadą na wakacje. Kupiliśmy duży namiot i dwa dni przed końcem roku pojechaliśmy zwiedzić Sydney i okolice.

07:28, pharlap
Link Komentarze (4) »
niedziela, 10 stycznia 2016

Lech  Lech

Do Australii lecieliśmy liniami Qantas. Zawodem dla mnie było niezwrócenie uwagi na fakt przekraczania równika.

Z pierwszymi promieniami słońca spojrzeliśmy na ląd pod nami - pustynia. Czy my czasem nie wróciliśmy do Kuwejtu?
Zbliżaliśmy się do Melbourne, jeszcze kilkanaście minut lotu a pod nami wciąż pustynia. Pilot powiadomił, że w Melboune upały, blisko 40C. Po Kuwejcie nie było to nic nadzwyczajnego, ale jednak nie spodziewaliśmy się tego.
Wreszcie lądowanie. Najpierw do samolotu wkroczyła ekipa denzynfekcyjna. Powiadomiono nas, że obowiązują tu ostre restrykcje mające na celu ochronę bardzo delikatnej struktury biologicznej. Panowie w kombinezonach pokropili leciutko pasażerów jakimś płynem. Mogliśmy wysiadać.

Przeszliśmy przez kontrolę graniczną...

Wiza

8 lutego 1983 stanęłiśmy na australijskim gruncie.

Na lotnisku czekała na nas kuzynka Sylwii, Basia. Wioząc nas do swojego domu ostrzegła, że w Melbourne panują niezwykłe upały, są ograniczenia w zużyciu wody i poważne zagrożenie pożarowe. Nie brzmiało to sympatycznie. Jeszcze gorsze wrażenie robił widok z okna samochodu.  Jechaliśmy przez dzielnicę przemysłową, jeśli przemysłem można nazwać jakieś nieduże warsztaty, magazyny, budki z blachy falistej. Basia pocieszała, że ich dom znajduje się w starej dzielnicy z dużą ilością drzew i parków. 
Rzeczywiście, dzielnica była elegancka i zadbana, ale trawa w parkach była wypalona przez słońce, drzewa szare, liście zwiędłe. To wynik restrykcji wodnych, nie wolno podlewac ogrodów.
Wreszcie dom - piękna stara rezydencja, grube mury, wysokie sufity, przyjemny chłód. Na zewnątrz korty tenisowe, spory basen. Tak sobie wyobrażaliśmy Australię. 

Po przywitaniu z domownikami - mąż Basi, Janusz był dentystą, dwoje dzieci - Iwonka i Andrzej w szkole średniej - zajrzałem do gazety.
Był wtorek a zatem według informacji uzyskanej w konsulacie powinny być w niej ogłoszenia o miejscach pracy dla informatyków. Pracownik konsulatu zapewnil mnie, że jesli bardzo mi zależy na pracy to mogę zadzwonić do agencji prosto z lotniska i już po lunchu zacząć pracę. Aż tak bardzo mi nie zależało, zadzwoniłem przed lunchem i umówiłem się na spotkanie następnego dnia.

Druga sprawa to szkoła dla dzieci. Tuż obok znajdowała się szkoła podstawowa - Auburn Primary School - KLIK - poszedłem tam z Anią i Michałem.
Z Michałem nie było problemu, zgodziliśmy się, że najlepiej jak zacznie naukę od I klasy. Co innego z Anią. Świadectwo z Kuwait English School zrobiło duże wrażenie. 
- Ona uczęszczała do angielskiej szkoły!  Nic tu po nas. Zapisz ją do szkoły średniej.
Nie pomogły argumenty, że Ania była dopiero w 5. klasie. Trzeba było szukać dalej.
Nie było to takie proste. W dwóch szkołach państwowych odprawili nas z kwitkiem - nie było wolnych miejsc. Znalazło się dopiero w John Gardiner High School. Ta szkoła już nie istnieje i nie pozostawiła żadnego śladu na internecie. 
Michał miał do szkoły 5 minut spacerem, Ania ponad kilometr do przystanku trmawajowego i kilka przystanków jazdy.

Następnego dnia odwiedziłem agenta w sprawie pracy. Zreferowałem krótko swoją dotychczasową karierę, wręczyłem świadectwa pracy z Kuwejtu i podałem swoje oczekiwania.
Poinformował mnie, że komputery UNIVAC to w Australii rzadkość. W Melbourne mają je moze dwie firmy, w tym linie lotnicze, ale oni nie potrzebuja pracowników. W ogóle to Australia jest obecnie w stanie lekkiej recesji, w branży komputerowej zastój, ale nie ma strachu, na pewno znajdą mi pracę. Przerzucił moje papiery...
- A jakie jest Twoje doświadczenie w pracy w Australii (Australian experience)? - zapytał. 
- Przecież powiedziałem ci, że wczoraj przyjechaliśmy do Australii.
- Ach, tak, tak, oczywiście. To nie ma żadnego znaczenia.
Zapadło dłuższe milczenie.
- Więc nie masz żadnego doświadczenia w pracy w Australii?
Nie wiedziałem co odpowiedzieć żeby go nie urazić.
- Świetnie, świetnie. Powinniśmy wkrótce coś dla ciebie znaleźć. Skontaktujemy się z tobą telefonicznie. 

W ciągu następnych dni odbyłem kilka podobnych rozmów.
Nadszedł weekend, Basia zabrała nas na Polanę w Healesville - KLIK - gdzie odbywał się dzień harcerza. Po drodze wstąpiliśmy do Healesville Sanctuary - KLIK - gdzie spotkaliśmy po raz pierwszy kangura wallaby...

Kangur

... a także, emu (proszę najechać myszą na zdjęcie), dziobaka, mrówkojada (echidna).

Dzień harcerza z jednej strony podnosił na duchu, tyle młodzieży podtrzymuje polskie tradycje, tylu ochotników dba o ośrodek. Z drugiej strony zdałem sobie sprawę jak znikoma jest nasza obecność w tym wielkim kraju.
Była również okazja do rozmowy z wieloma Polakami. Zorientowaliśmy się, że nasi gospodarze, Basia i Janusz, są bardzo popularni w środowisku polonijnym i na wiele sposobów wspierają polonijne inicjatywy.
Większość osób, z którymi rozmawiałem przybyła do Australii szlakiem Armii Andersa poprzez Syberię, Iran a potem Indie lub Bliski Wschód. Bardzo porządni, uczciwi, pracowici ludzie, ale ich poglądy wydały mi się nieco archaiczne, na przykład tęsknota za kresami i nadzieje, że wrócą one kiedyś do Polski.
Przy okazji dowiedziałem się o bardzo energicznej akcji Polonii w celu przyjmowania do Australii solidarnościowej emigracji - KLIK. Wszyscy sądzili, że ja jestem właśnie takim uchodźcą i moje wyjaśnienie, że przyjechałem tu prywatnie i nie byłem w Polsce nigdy prześladowany wzbudziły sporą konsternację.

Po weekendzie zaczęło się znowu bezskuteczne szukanie pracy. Wydało mi się, że może w Sydney są nieco bardziej elastyczni i poleciałem tam na dwa dni. O dziwo państwowe linie lotnicze TAA uznały moją legitymację LOT i dały mi bezpłatny bilet.
Niestety było tak jak w Melbourne. Wracałem w środę, 16 lutego. Gdy zbliżaliśmy się do lotniska rozpoczęły się niezwykłe turbulencje, czasem wydawało się, że samolot zatrzymał się w powietrzu poczym następował gwałtowny spadek w dół. Ludzie krzyczeli. Pilot wyjaśnił, że w pobliżu szaleją wielkie pożary i masy gorącego powietrza utrudniają lot. 
Wreszcie wyladowaliśmy, w powietrzu czuć było spaleniznę. Następnego dnia gazety donosiły - Ash Wednesday - środa popielcowa - w okolicy Mt Macedon - KLIK. Setki spalonych domów, 75 osób straciło życie w ogniu.
Melborne nawiedziła burza piaskowa - dust storm. Czytaliśmy o tym w W pustyni i puszczy, przeżyliśmy w Kuwejcie gdzie drobny piaskowy pył przenikał przez zamknięte okna, ale żeby coś takiego...

Dust starm

Powyższe zdjęcie z facebook, chyba trochę podretuszowane.

Coraz mniej mi się tu podobało. Tygodnie mijały. Codziennie odbierałem Michała ze szkoły. Patrzył na mnie ponuro:
- Wszystkie inne dzieci zabierają ze szkoły mamusie.
- Widzisz jakie ty masz szczęście. Ciebie odbiera tatuś. 
- Wcale nie szczęście, bo to znaczy, że nie masz pracy. 
To było błędne koło. Wszystkie ogłoszenia pochodziły od agentów. Byłem pewien, że gdyby mi się udało dotrzeć do pracodawcy to przekonałbym go o swojej wartości. 
Raz się udało, to była wyższa uczelnia. Odbyłem interview przed sporą komisją i widziałem, że zrobiłem dobre wrażenie. Następnego dnia dostałem powiadomienie, że  zakwalifikowałem się "do finału" - shortlisted - i mam przyjść na następne interview. Tym razem poszło fatalnie. Na drugim interview wiekszość osób była ta sama co na pierwszym. Zadawali te same pytania. Wydało mi się to bez sensu, nie pamiętają co mówiłem 3 dni temu? Udzielałem lakonicznych odpowiedzi, straciłem cały entuzjazm. Nie dostałem pracy.
Ktoś zwrócił mi uwagę, że nie powinienem ubiegać się o pracę u zbyt wielu agentów bo rozniesie się pogłoska, że jestem pechowy, niezatrudnialny. Pojechałem ponownie do Sydney.

Po jednym interview wiedziałem, że to strata czasu. Poszedłem na przystanek autobusu na lotnisko żeby wrócić do domu. Czekając na autobus zauważyłem na sąsiednim budynku tabliczkę z nazwą firmy rekrutacyjnej. W gazecie znalazłem ich anons i nr telefonu. Uznałem to za dziwny zbieg okoliczności i zadzwoniłem. Telefon odebrała jakaś pani, zaproponowała żebym przyszedl po lunchu.
- Ja stoję właśnie na przystanku pod waszym budynkiem, albo przyjmiesz mnie teraz albo jadę na lotnisko.
- No dobrze, to na 2. piętrze.
Stary budynek, solidne drewniane schody. Z góry dobiegało stukanie maszyny do pisania. Czasem następowała przerwa i ktoś mruczał - psiakrew, cholera.
Przy maszynie siedziała elegancka pani w średnim wieku.
- Dzień dobry - pozdrowiłem ją po polsku.
- Ach to ty. Przepraszam, ale jedyne znane mi polskie słowa to przekleństwa, których nauczyła mnie moja żydowska babcia.
Poczułem się w domu. Już po kilku słowach relacji moja rozmówczyni przerwała mi...
- Australian experience?
- Tak. Powiedz mi Ruth co ja mam zrobić. Całe moje doświadczenie się tu nie liczy?
- Tu nie chodzi o doświadczenie tylko o asekurację.
- ????
- Ci agenci nie mają kwalifikacji żeby kogokolwiek ocenić. Im jest potrzebna asekuracja na wypadek gdybyś nie spełnił wymagań pracodawcy. Referencje od kogoś pracującego w Australii.
- W jaki sposób ja mogę zdobyć takie referencje? To błędne koło...
- To proste - przerwała mi Ruth - ja ci dam dobre referencje.
Zadzwoniła do agenta w Melbourne. Za 4 dni miałem pracę. 

piątek, 08 stycznia 2016

Lech

Jak boginie w oceanie sinym.
Kąpią się urocze Filipiny.
Wulkanami lazur nieba kłują,
Palmy stopy im wachlują.
Kraj piękniejszy nie śnił się i muzom
Od urody cudnej wyspy Luzon
I pieszczonej spojrzeniami gwiazd
Manilli, perły miast.
Manilla! Manilla!...
Kabaret Starszych Panów - KLIK.

Kontrakt z Uniwersytem gwarantował na zakończenie kontraktu bilet lotniczy do kraju zamieszkania dla mnie i mojej rodziny. Ponieważ nie wracaliśmy do Polski mogliśmy otrzymać bilety na dowolny lot liniami Kuwait Airways. 
Do Australii nie latali wybraliśmy więc Filipiny.

Do Manilli przylecieliśmy rano. Zieleń jak na Florydzie a jednocześnie znośne temperatury i słoneczna pogoda. Postanowiliśmy spędzić tu kilka dni. 

Atmosfera miasta oczarowała nas. Przede wszystkim przyjaźni ludzie. Po prostu było przyjemnie zmieszać się z nimi na ulicy. Jeszcze przyjemniej wsiąść do zatłoczonego miniautobusiku - jeepney - KLIK. Dokoła pomocne ręce, uśmiechnięte twarze. Kręciliśmy się dość chaotycznie po mieście. Na zdjęciu uwidoczniona wizyta w ogrodzie botanicznym (a może w ZOO) ...

 W dżungli

Najbardziej bawił mnie fakt, że gęsta dżungla dookoła robiła znacznie większe wrażenie niż ta na obrazku. 

Kolejne dwa dni spędziliśmy na wycieczkach w okolice Manilli.
Pierwsza - Tagaytay - wulkan w jeziorze, jezioro w wulkanie -  KLIK.

Po drodze odwiedziliśmy fabrykę, w której produkowano ulubione przez nas jeepneye (proszę najechać myszą to pokaże się jeepney w akcji)...

Jeepney

Nasz kierowca i przewodnik był bardzo sympatyczny i udzielał wyczerpujących informacji o mijanych miejscach. 

Oto cel naszej wycieczki, proszę najechać myszą to pokaże sie cała rodzina...

W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się na plantacji ananasów. Degustacja na miejscu...

Ananas

Na następny dzień mieliśmy zaplanowaną wycieczkę do wodospadu Pangsanjan - KLIK.

Oczywiście zamówiłem ją w tej samej firmie i poprosiłem żeby towarzyszył nam ten sam przewodnik. 
Ledwie zdążyłem złożyć to zamówienie, odwiedził nas Filipińczyk, dla którego Sylwia przewiozła paczkę od jego żony pracującej w Kuwejcie. Bardzo nie podobał mi się pomysł wiezienia do obcego kraju paczek od nieznanych osób, ale uczynność Sylwii nie zna granic. 
Filipińczyk był bardzo wdzięczny i koniecznie chciał się jakoś zrewanżować. Gdy usłyszał o planowanej wycieczce zaczął nalegać żebyśmy pozwolili jemu to zorganizować. Byłem przeciwny, już zamówione, sympatyczny przewodnik na nas liczy. Jednak nasz gość prosił ze łzami w oczach, zgodziliśmy się.

Następnego dnia nasz nowy przyjaciel spóźnił się ponad pół godziny. Okazało się, że zepsuł mu się samochód. Jednak pożyczył samochód od kolegi. Była to dość mała, nieklimatyzowana toyota. Co gorsza samochód został pożyczony razem z właścicielem a zatem cała nasza czwórka musiała upchać się na tylnym siedzeniu. 
Dojechaliśmy na miejsce gdzie zaczynał się spływ rzeką. Droga zamknięta i informacja, że wyłączne prawo do spływu ma miejscowa firma, koszt spływu był większy niż koszt wycieczki zamówionej w firmie turystycznej. Mocno się zdenerwowałem, ale nasi gospodarze zapewnili nas, że oni załatwią to dużo taniej. Skręciliśmy z szosy gdzieś w las. Wkrótce dojechaliśmy do jakiejś wioski, otoczył nas rozkrzyczany, przyjazny tłum. Wygladało to na bardzo biedną wioskę, ale ludzie nie byli wychudzeni i mieli uśmiechy na twarzach. Nasi gospodarze udali się szukać przewoźnika a my odwzajemnialiśmy uśmiechy otaczającego nas tłumu. 
- Wydaje mi się, że się stąd nie wydostaniemy jeśli nie opłacimy wyżywienia całej wioski przez miesiąc - stwierdziłem.
Nie pomyliłem się. Nasi gospodarze wrócili radośni, znaleźli przewoźnika, cena mniejsza niż oficjalna. Okazało się jednak, że do łodzi mieści się dwójka pasażerów a więc 3 łodzie gdyż musimy zafundować wycieczkę naszym gospodarzom. Zapłaciłem i czekaliśmy na łodzie. Po pewnm czasie zjawił się przewoźnik. Miał stroskaną minę - policja patroluje rzekę, trzeba zapłacić łapówkę. Nie było odwrotu, zapłaciłem. Kolejne pół godzimy czekania i ruszyliśmy.
Rzeka Bumbungan, która płynęliśmy, to miejsce gdzie nakręcono sceny do filmu Apocalypse Now (luźniej adaptacji Jądra ciemności J. Conrada). W filmie Amerykanie wypatrywali na każdym zakrecie zasadzki Vietcongu, my wypatrywaliśmy z równymi emocjami patrolu policji. Obyło się bez ofiar (proszę najechać myszą, pokaże się inny widok rzeki)...

Pangsanjan

Droga do wodospadu wiodła wąskim, kamienistym, stromym, wąwozem. Nasi wioślarze przepychali a czasem przenosili łódź wraz z pasażerami. Poniżej zdjęcie z wąskiego gardła...

Przeprawa

Wreszcie dotarliśmy na miejsce. Pod wodospad podpływało się tratwą (za dodatkową opłatą).

Wodospad

Wieczorem zostawiliśmy dzieci w hotelu a sami wybraliśmy się do kasyna.

Naopowiadałem Sylwii tyle o moich przygodach w kasyno w Birmingham - KLIK, że chciała osobiście sprawdzić. W kasynie obowiązywał strój wieczorowy. Nie miałem zbytniej ochoty zakładać garnituru, na szczęście dowiedziałem się, że jako strój wieczorowy traktowana jest ozdobna filipińska koszula jaką sobie kupiłem.
Kasyno nas rozczarowało. Było bardzo tłoczno, głośno a różnica między minimalną a maksymalną stawką nie pozwalała podwoić stawki więcej niż 5 razy.

Przedostatni dzień spędziliśmy w okolicach hotelu. Był tam duży bazar, na którym kupiliśmy kilka drobiazgów. Było też kilka restauracji oferujących lokalne potrawy, muzykę i towarzystwo (proszę najechać myszą a pokaże się towarzystwo właściwe dla mnie)...

Bal

Gorąco zapraszali nas na wieczorny bal. Ze względu na dzieci przyszliśmy jako jedni z pierwszych. Za chwilę zaczęły się występy.  Konferansjer zaanonsował bardzo szumnie jakiegoś śpiewaka a po zakończeniu jego występu postawił na scenie słoik i zasugerowano żeby wrzucać tam wymierne oznaki uznania. Chyba byłem pierwszym , który coś wrzucił, niewiele, może $5. Konferansjer spytal mnie o nazwisko i kraj i szumnie ogłosił:
- Nasza impreza jest sponsorowana przez pana Milewskiego z Polski! 
W miarę upływu czasu przybywało gości. Po każdym występie  była zbiórka do słoika, anons nowych dawców , czasem bardzo szczodrych, i przypomnienie:
- Nasza impreza jest sponsorowana przez pana Milewskiego z Polski!

Oprócz wystepów były różne konkursy dla widzów. Wszyscy w nich ochoczo uczestniczyliśmy (proszę najechac myszą a pokaże się Michał  akcji)...

Zabawa

Mnie najbardziej przypadł do gustu taniec, podczas którego trzeba było skakać przez bambusowe pręty...

Taniec

To tinikling - KLIK

Robiło się późno, zbieraliśmy się do wyjścia, ale podbiegł do nas mistrz ceremonii o poprosił żeby zostać jeszcze chwilę gdyż odbędzie się ceremonia dekoracji Królowej Balu a dokona tego Honorowy Gość... czyli ja (po najechaniu myszą pokaże się zblizenie )...

Koronacja

Gdy wreszcie wychodziliśmy z balu orkiestra zagrała nam fanfarę a konferansjer poprosił całą publiczność o powstanie.

Następnego dnia wyszedłem kupić mleko i pieczywo na śniadanie. Był późny ranek, po ulicy spacerowały parami młode dziewczyny, wyraźnie poszukujące sponsora. Na mój widok machały przyjaźnie dłońmi
- Good morning Mr Milewski from Poland.

Pomyślałem, że gdybyśmy tu dłużej zostali to może zostałbym prezydentem tego sympatycznego kraju, ale wieczorem australijskie linie Qantas zabrały nas w dalsza drogę.

P.S. Jako motto do tego wpisu wybrałem piosenkę Manilla. Na internecie znalazłem tylko tekst przypisywany Kabaretowi Starszych Panów. Piosenki nie znalazłem na youtube, ale moja pamięć mówi, że wykonawcą była Maria Koterbska i w piosence nie było ostrych antykolonialnych akcentów, które znalazłem w zlinkowanym tekście wiersza.

Tagi: 1983 Filipiny
07:59, pharlap
Link Komentarze (2) »
wtorek, 05 stycznia 2016

Lech  Lech

Kilka tygodni przed wyjazdem zacząłem szukać w Kuwejcie jakiegoś Australijczyka żeby z pierwszej ręki dowiedzieć się jakichś konkretów o miejscu naszego przeznaczenia. Nie było to łatwe co uznałem za dobrą wiadomość - znaczy, że tam tak dobrze, że nie szukają pracy w innych krajach.
W końcu znalazłem, zaprosiłem do domu na obiad. Był bardzo sympatyczny, ale wydawał się nieco bezradny
- Oj żeby tu była moja żona to by wam wszystko dobrze wyjaśniła, ona wszystko wie.
- Macie dzieci?
- Tak dwóch chłopców, jeden ma.... chyba 8 lat... oj żeby tu moja żona była. 7 albo 8, drugi o dwa lata młodszy.
- Szkoła...-
O, szkoły w Australii są najlepsze na świecie. A już najbardziej dla migrantów jak wy.
- Dlaczego?
- Dzieci mogą robić uproszczony kurs angielskiego a poza tym... ileż tam uczą języków obcych.
- ???
- Na przykład w szkole mojego syna są trzy okresy (terms). W pierszym uczą włoskiego, w drugim francuskiego, a w trzecim mają pływanie.
I tak dalej...

Gdy odwoziłem go go hotelu zatrzymaliśmy się na światłach. Światło zmieniło się na zielowe, ktoś zatrąbil na spóźnialskich.
- Co się stało, policja? - zaniepokoił się Australijczyk.
- Nie, ktoś spóźnił się na zmianie świateł.
- Spóźnił na zmianie świateł? U nas, w Australii, dopiero jak przegapisz trzy zielone to na ciebie zatrąbią.
To spodobało mi się najbardziej. Powtórzyłem Sylwii z komentarzem - jak tam jest, tak jest, ale chyba w takim kraju damy sobie radę.
Na marginesie wyjaśnię, że mój rozmówca był ze stanu Queensland a tam rzeczywiście życie toczyło się nieco wolniej.

Bardziej konkretne były rozmowy telefoniczne ze wspominaną na tym blogu kuzynką Sylwii , Basią. Wraz z rodziną mieszkała w Melbourne i tam właśnie radziła nam się osiedlić. Jednocześnie zaoferowała nam mieszkanie do czasu aż znajdziemy sobie coś odpowiedniego.
Przy okazji doradziła aby ubiegać się o miejce w Migrant Centre.
- Chodzi o to, że na początku trzeba załatwić wiele formalności - prawo jazdy, ubezpieczenie, itp. Oni wiedzą co załatwić i zrobią to za was. Po dwóch dniach przeniesiecie się do nas a zaoszczędzicie masę czasu i zachodów.

Nieco inaczej wyglądały rozmowy w konsulacie australijskim.
Niejaka pani R. wyraźnie sobie mnie upodobała i podczas każdej wizyty poświecała mi sporo czasu. Jej główną troską było aby nasze pierwsze wrażenie z Australii było pozytywne.
- Jesteście wszak ludźmi o dużej kulturze i tradycji. Zmiana kraju to będzie dla was duży szok, szczególnie dla dzieci. Ważne jest żebyście od pierwszej chwili byli przekonani, że jesteście we właściwym miejscu i wśród właściwych ludzi. Dopiero wtedy można zacząć budować nowe życie. Czy zdecydowaliście już gdzie zamierzacie się osiedlić?
- To będzie zależało od tego gdzie znajdę pracę. Zamierzamy przylecieć do Melbourne. - pani R. skrzywiła się z dezaprobatą.
- Melbourne jest dużo lepsze od Sydney, ale to są kosmopolityczne metropolie, wiewiele różnia się od Nowego Jorku. W takim mieście nigdy nie czujesz się jak u siebie. Gorąco doradzam ci Perth. To juz jedyne na wskroś australijskie miasto.
Przyjąłem to do wiadomości.

Nic dziwnego, że gdy zapytałem panią R. o formalności zwiazane z załatwieniem pobytu w Migrant Centre to doznała szoku
- Naprawdę chciałbyś zamieszkać w Migrant Centre?
- A co w tym złego?
- Złego? Nic złego, rzad australijski dokłada wszelkich starań zeby ułatwic migrantom start w Australii. Ale żeby ty, profesjonalista, człowiek o dużej kulturze, do Migrant Centre... - kręciła z niedowierzaniem głową.
- Ale co tam jest złego? - popatrzyła mi w oczy i ściszonym głosem wyjaśniła.
- Wszak bedziesz z dziećmi, europejskimi dziećmi. Pomyśl sobie jaka będzie ich reakcja gdy pewnego dnia spotkają na schodach wietnamską rodzinę konsumującą kotka, z którym twoje dzieci dzień wcześniej się zaprzyjaźniły!
Nie wiem co o tym mysleć, ale ta wizja mnie rozśmieszyła.
- Czy mogę prosić o formularz aplikacyjny do Migrant Centre?
Pani R. rzuciła mi lodowate spojrzenie, wstała, i poleciła mi udać się do recepcji. Już więcej jej nie zobaczyłem.
Złożyłem aplikację, ale jakimś dziwnym trafem gdzieś się urzędnikom zawieruszyła i nie zdążyli załatwić jej w terminie. Nie przejmowałem sie tym zbytnio, uważałem że osobiste załatwianie formalności będzie dobrym przygotowaniem do życia.

Końcówka w pracy przebiegła spokojnie. O zakończeniu kontraktu poinformowałem dużo wcześniej, tak że szef zdążył znaleźć dobrego nastepcę. Był to Amerykanin hinduskiego pochodzenia, miał duze doświadczenie i nie bał się podejmować nowych projektów.
Trochę mi było szkoda odejść własnie w takim momencie. Jako kierownik rozwoju systemów pracowałem nad projektem przeniesienia systemu administracji studentów na system bazy danych. Zamówiłem już odpowiedni software - DMS-1100 uchodził za najlepszy system bazy danych. Do tego system przetwarzania tranzakcji on-line (TIP). Świerzbiały mnie ręce żeby wreszcie opracować i wdrożyc jakąś dużą aplikację. Może w Australii?

Mój szef , Nisar Shariff, pożegnal mnie bardzo sympatycznie. Zorganizował nawet u siebie w domu pożegnalny obiad, na który zaprosił wszystkich Polaków i Amerykanów zatrudnionych w ośrodku...

Pozegnanie

Drugi od prawej - wspomniany kilkakrotnie w tym blogu Bob Stratton, trzeci od prawej - Darek Kucharski, ostatni po prawej - mój następca. Na froncie, w jasnych ubraniach, mój szef i jego żona. 

Jako prezent pożegnalny dostałem poniższą pamiątkę. To najbardziej charakterystyczna budowla Kuwejtu - KLIK...

Wieze

Po najechaniu myszą na zdjęcie pokaże się oryginał.

Komentarz Darka: jeśli kiedykolwiek zatęsknisz za Kuwejtem, to usiądź na tym.
Nie tęsknię za Kuwejtem w sensie, że nie odczuwam jego braku, jednak czas tam spędzony uważam za bardzo dobry i istotny.

Pozostało jeszcze zdjąć tabliczkę z mojego biurka...

Tabliczka

Ostatnia msza w Ahmadi i spacer ze znajomymi...

Po mszy

Ostatni spacer po zimowej plaży...

Na plazy

Wieczorem polecieliśmy do ciepłych krajów.

Tagi: 1983 Kuwait
10:02, pharlap
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 03 stycznia 2016

Lech  Lech

Pokonanie różnicy czasu między USA a Kuwejtem było jeszcze trudniejze niż podczas podróży w przeciwnym kierunku. Po kilku dniach jednak wróciliśmy wszyscy do normy.

Pierwsza sprawa to szkoła dzieci. Michał dołączył do Ani w Kuwait English School. Ania po trzech miesiącach nauki w poprzednim roku szkolnym czuła się w szkole bardzo pewnie i dobrze. Przy jej zachęcie Michał ochoczo wdrażał się w zawiłości języka angielskiego.

Czytanie

Ania święciła triumfy na łamach lokalnej anglojęzycznej gazety Kuwait Times...

Kuwait Times

Średnio dwa razy w miesiącu wygrywala konkurs kolorowania obrazków - nagroda małe pudełeczko klocków Lego. Po powrocie z USA wygrała konkurs na wspomnienie z wakacji - ogromne pudło klocków.
Michał znalazł sobie dobrych kolegów...

Michal i Joseph 

Druga rzecz - praca. Moja pozycja była bardzo dobra. Jeszcze w kwietniu dostałem awans na kierownika rozwoju nowych systemów i podwyżkę pensji...

Awans

Ośrodek zatrudnił oprócz wspomnianego wcześniej Darka K - szefa działu obsługi użytkowników - jeszcze dwie osoby z Polski. Wszyscy przez Polservice.
Wspominałem, że od początku roku przestałem płacić daninę Metronexowi. Po przyjeździe z urlopu dowiedziałem się, że w końcu uzyskaliśmy wraz z Jankiem zgodę na przeniesienie do Polservice. Poniformowal mnie o tym osobiście konsul, pan K. przypominając jednocześnie, że on osobiście mocno zaangażował się w tę sprawę i ma nadzieję, że rozliczę się finansowo z Polservice za minione miesiące. Co racja to racja, to było ponad $8,000, ale jednak zapłaciłem jak rówmież późniejsze comiesięczne wpłaty.

Nasze życie w Kuwejcie ustabilizowało się. Przypomnę, że poza normalną pensją miałem jeszcze dochód z dodatkowej pracy po godzinach. 
Właściwie to trochę było mi żal zbliżającego się wyjazdu.  Do tego czasu nie było wiele szans rozejrzeć się dookoła, poznać bliżej otaczający nas arabski świat, odwiedzić zabytki w sąsiednim Iraku czy bliskiej Syrii i Jordanii. Niektórzy robili nawet wycieczki do Izraela. Nie było to proste gdyż wiza izraelska w paszporcie uniemożliwiała powrót do Kuwejtu. Ale od czego głowa? Na Cyprze można było od ręki załatwić wizę izraelską i nie wbijali jej do paszportu lecz dawali na osobnej kartce.

Na razie musieliśmy się zadowolić miejscowym bazarem...

Bazar

Zadomowiliśmy się na tyle, że nawet mieliśmy kota - Samirkę...

Dzieci i kot

Dla mnie istotne było, że znalazłem w Kuwejcie polską dentystkę. 

Jeszcze kilka niepozbieranych wspomnień...

Próbowałem uczyć się jezyka arabskiego. Zapisałem się na kurs dla pracowników uniwersytetu. Początki były nawet dobre. Pierwsze zacięcie nastąpiło na rozróżnieniu kilku odcieniów wymowy litery h. Moją mocną stroną było pismo, ale też tylko do czasu. Nasz wykładowca, Egipcjanin z pochodzenia, miał doktorat z kaligrafii i nie pozwolił nam ograniczyć się do podstawowej formy liter jakiej używano na przykład w gazecie. Pisał starannie literę na tablicy a potem, z lubością, ozdabiał ją wieloma apostrofami. To przekraczało moje możliwości. Trzecia wreszcie przeszkoda to brak skojarzeń ze znanym mi słownictwem łacińskim czy greckim. W rezultacie po kilku tygodniach zrezygnowałem. Koledzy pochodzenia hinduskiego radzili sobie dużo lepiej, mieli chyba lepszy słuch a prócz tego arabski kojarzył się z innymi znanymi im językami jak na przykład urdu.

LampaHinducy koledzy. Na pamiątkę po nich została mi lampa.
Któregoś dnia jeden z kolegów zwrócił się do mnie z prośbą abym fikcyjnie zatrudnil jego matkę jako pomoc domową. W Kuwejcie panowały bardzo ostre restrykcje imigracyjne. Podstawowym kryterium była oczywiście praca. Osoba pracująca musiala wykazać sie odpowiedznimi zarobkami aby móc sprowadzić najbliższą rodzinę. Prócz tego liczył się chyba charakter pracy. Ale matkę? Nie wiem czy takie same kryteria stosowano wobec Amerykanów i Europejczyków, w każdym razie mój Hindus nie mógł. 
Oczywiście spełniłem jego prośbę. Zorganizował wszystkie potrzebne dokumenty i  w wyznaczonym dniu udałem się do urzędu. W poczekalni ogromny tłum, krzyki, bałagan. Urzędnik, chyba Egipcjanin gdyż to Egipcjanie opanowali kuwejcką biurokrację, przyjął moje papiery i odłożył je na stertę. W poczekalni pojawiał się od czasu do czasu asystent. Najczęściej pojawiał się z tacą, na której roznosił kawę i herbatę do pokoi biurowych. Czasem podchodził do któregoś z urzedników i brał z jego biurka papiery. 
Wypatrzyłem właściwy moment  i na migi poprosiłem asystenta żeby wziął moje papiery. Zrobił to. Podczas kolejnej rundy roznoszenia herbaty skinął na mnie żebym wszedł z nim do gabinetu. W środku siedział Kuwejtczyk. Wskazał mi krzesło a sam zajął się herbatą. Gdy skończył spytał o coś asystenta, ten wskazał papiery na tacy. Kuwejtczyk sięgnął po moje dokumenty. Typowe było, że nie wziął ich palcami, lecz całą garścią mnąc niemiłosiernie kartki. Rzucił okiem na zmiętoszoną kartkę, przybił pieczęć i skrobnął długopisem.
- Szukran - شكر - dziękuję . To jedyne arabskie słowo, które zapamiętałem. 
Kolega byl niezmiernie wdzięczny i w rewanżu podarował mi powyższą lampę. 
- Ile S.K.J. zapłacił ci za przyjazd matki? - Ibrahim Ezzo wiedział wszystko.
- Nic, przecież to koleżeńska przysługa.
- Wiesz, że to kosztuje 1,000 dinarów? Nie rób tego więcej bo się rozniesie, że w ten sposób dorabiasz sobie  do pensji i możesz mieć nieprzyjemności. 

W połowie grudnia Ania upadła podczas zabawy i złamała ręke powyżej łokcia. Świeta Bożego Narodzenia 1982 przywitała z reką na temblaku...

Choinka

Tagi: 1982 Kuwait
04:11, pharlap
Link Dodaj komentarz »
środa, 30 grudnia 2015

Lech Lech

Dojechaliśmy do Niagara Falls. Nie wiem gdzie podziali się ci motorowodniacy i Baptyści bo wszędzie była masa wolnych kwater. Na szczęście nasza była bardzo porządna.

Większość pierwszego dnia spędziliśmy na wycieczce historycznej. Była ciekawa i bardzo dobrze zorganizowana, ale dzieci pewnie wolałyby posiedzieć nad wodą.
Wieczorem pojechaliśmy obejrzec wodospad w nocy. Posłuchałem instrukcji pana w punkcie informacyjnym.

Jechaliśmy do wodospadu wzdłuż długiego muru. Gdy dojechaliśmy do bramy z tabliczką Water Authority - Unauthorised access prohibited  - nacisnąłem lekko bramę a ta otworzyła się bez trudu. Wjechaliśmy. Szosa prowadziła w dół i wkrótce zamieniła się w betonowy kanał. Z boku tabliczka - Danger! Water can be flushed down without warning.
Przypomniał mi się film Chinatown i scena spuszczania wody ze zbiornika. Toż tutaj też w każdej chwili mogą spuścić wodę. Poleciłem Sylwii i dzieciom wysiąść z samochodu, sam podjechalem pod najbliższy most żeby ukryć samochód przed okiem gapiów i policji. Wdrapalismy się pod bardzo stromą górę, przeszliśmy przez niski płot i rzeczywiście byliśmy w najlepszym miejscu do podziwiania wodospadu. Inna rzecz, że mnie drążył niepokój czy samochód jeszcze nie został spłukany, czy brama jest nadal otwarta.

Następnego dnia wybraliśmy się zobaczyć wodospad za dnia. 

Najpierw wycieczka statkiem. Z góry wyglądało to pewnie tak...

Statek

Dostaliśmy oczywiście płaszcze nieprzemakalne.
Prócz tego spacer po pomoście po wewnęttrznej stronie wodospadu - między brzegiem a masami spadającej wody. 

Więcej zdjęć z Niagara Falls tutaj - KLIK.

Kolejny etap wyprawy to Nowy Jork. Jechaliśmy znowu przez tak piękne okolice, że żal nam było, że nie mogliśmy się zatrzymać tam na dłużej...

Po drodze

Szczególnie przypadły nam do gustu Finger Lakes - KLIK. Kaskady w parku Watkins Glen podobały nam się bardziej niż Niagara...

Watkins Glen

Bardzo podobały nam się mijane niewielkie miejscowości. Porządne, kolorowe, o przyjaznej atmosferze. Podczas jednego z postojów znaleźliśmy się w pobliżu sporego parkietu tanecznego pod dachem. Tabliczka informowała, że praktyki square dances odbywają się dwa razy w tygodniu o 5. Square dances - co to może być? Za chwilę zobaczyliśmy na własne oczy - KLIK.

Jedną noc spędzilismy na campingu. Zauważyliśmy tam młode małżeństwo szykujące sałatkę z pomidorów.
- Popatrzcie, sałatka z pomidorów, jak w Polsce - zauważyła na głos Sylwia.
- Bo my jesteśmy z Polski - padła odpowiedź.
Przysiedliśmy się. Przypadkowi znajomi mieszkali w Nowym Jorku, podali nam swój numer telefonu, który okazał się być bardzo przydatny.

Wreszcie Nowy Jprk. Starannie sprawdzałem na mapie drogi wjazdowe obawiając się jazdy w tak wielkim mieście. Nie po raz pierwszy podczas tej wycieczki wszystko się jakoś pokręciło i zobaczyłem tablicę informacyjną - Harlem. Poleciłem pasażerom zamknąć okna, zablokować drzwi i unikać kontaktu wzrokowego z przechodniami. Nie na wiele to pomogło bo oto stanęliśmy w korku na światłach. Między samochodami kręcili się potężnie zbudowani Murzyni oferujący wymycie okien. Co robić? Poleciłem Sylwii żeby dyskretnie dała mi dwa dolary. Za chwilę do samochodu podszedł zmywacz, zapukał w okno, uśmiechnął się szeroko. Nie było szansy na ucieczkę, skinąłem głową z aprobatą. Zgrabnie wymył  przednią szybę. Z duszą na ramieniu uchyliłem okno
- Ile się należy?
- Co łaska. Witam w Nowym Jorku!
To już chyba nic złego nie może nas w tym mieście spotkać.

Nowy Jork

Joe Kubiak zarezerwował nam pokój w hotelu bardzo blisko samego centrum Nowego Jorku. Odwiedzaliśmy kolejno najbardziej znane miejsca - Liberty Island, Rockefeller Center, St Patrick Cathedral, Time Square, Twin Towers gdzie podziwialiśmy panoramę miasta z najwyższych pięter.

Odwiedziliśmy Central Park gdzie akurat odbywał się koncert symfoniczny na świeżym powietrzu. W bocznej alejce spotkaliśmy patrol policji na koniach. Rozmawiali z panem, który został przed kilkoma minutami obrabowany.
Oczywiście skontaktowaliśmy się z poznanymi na campingu Marianem i Wandą. Wanda zaproponowała nam wizytę w miejscu, o którym nigdy nie słyszeliśmy - The Cloisters - KLIK - muzeum w budynku skonstruowanym z fragmentów starych europejskich opactw...

The Cloisters

Ostatni wieczór spędziliśmy z Joe Kubiakiem i jego dziewczyną. Dzieci zostawiliśmy w hotelu i poszliśmy na obiad do restauracji a potem na koncert symfoniczny do Lincoln Center. Pamiętam, że w repertuarze był koncert na wiolonczelę A. Dworzaka.

Ostatnie dwa dni pobytu zamierzaliśmy poświęcić cioci Krysi. Na mój list pisany jescze z Kuwejtu nie odpowiedziała. Natychmiast po przyjeździe do USA zadzwoniłem do niej, była bardzo zdenerwowana i powiedziała, że w żadnym wypadku nie możemy się spotkać. Rozumiałem to, toż to była zawsze przysłowiowa ciocia z Ameryki. W wyniku szeregu niepomyślnych wydarzeń znalazła się na starość w dość skromnym domu dla starszych osób, nie chciała być widziana w takiej sytuacji.
Po przyjeździe do Nowego Jorku zadzwoniłem ponownie z propozycją, że wpadniemy na krótko i pójdziemy razem gdzieś na herbatkę. Zgodziła się.
Dom, w którym przebywała ciocia znajował się gdzieś na dalekim skraju Long Island. Zarezerwowałem pokój w hotelu i spróbowałem wynająć samochód. Brak karty kredytowej był czynnikiem dyskwalifikującym. Nie pomogły żadne argumenty. Zresztą nie dano mi wiele czasu na ich przedstawienie
- Ha-ha-ha, weźmiesz samochód i tyle będziemy cię widzieli - odłożenie słuchawki.
Zadzwoniłem do Mariana po pomoc, może udzieli mi gwarancji, może wynajmie dla nas samochód. Zaproponował dużo prostsze rozwiązanie - weźmiesz samochód z mojego składu, oczywiście gratis.
Skład był na zupełnym odludziu. Kilometry pustych ulic, po obu stronach jakieś wymarłe budynki, fabryki, magazyny. 

Jakże inna była jazda przez Long Island, znowu urocze miasteczka, domki, parki. Ciocia prezentowała się całkiem dobrze, jej dom też.

Ciocia Krysia

Na początku była mocno skrępowana, w restauracji długo szukala najtańszych dań. Potem rozluźniała się w czym na pewno duża zasługa Sylwii. Na pożegnanie mieliśmy niespodziankę - zostajemy  tym hotelu na noc, spotkamy się ponownie jutro. Spotkanie następnego dnia było bardzo sympatyczne.

Ciocia Krysia

Na noc wróciliśmy do gościnnego domu Mariana i Wandy. Następnego dnia wieczorem odlatywaliśmy do Kuwejtu, ranek spędziliśmy na spacerze po okolicy - Greenpoint - dzielnica ta przez długi czas nosiła przydomek Mała Polska - KLIK

Wróciliśmy do domu. Bez przerwy dzwoniły telefony - prezydent Reagan udzielił Polakom amnestii wizowej. W związku ze stanem wojennym żaden Polak przebywający w USA nie może zostać wydalony. 
- No to zostajecie u nas - podsumował sytuację Marian - nie musicie się spieszyć, znajdziemy szkołę dla dzieci, znajdziecie sobie mieszkanie w sąsiedztwie, poszukasz pracy.
- Pracę mam w Kuwejcie - zaoponowałem - urlop kończy mi się za 3 dni.
- Chyba żartujesz. Taka szansa. To już się nie powtórzy. Zależy ci tak na pracy? Jak chcesz to możesz jeszcze dzisiaj w nocy iść pilnować mojego składu samochodów. Teraz straż trzyma mój ojciec - profesor AGH w Krakowie - ty pójdziesz z moim bratem, on taki nerwowy.

Brat był rzeczywiście nerwowy. Kilka razy wracał do tematu - w jakiej sytuacji może użyć broni?
- W żadnej - tłumaczył spokojnie Marian. - Twoim zadaniem jest tam być przytomnym i wezwać policję gdy zauważysz coś podejrzanego. W żadnym wypadku nie próbowac gonić złodziei ani do nich strzelać. Chcesz sobie postrzelac? Zrób to w biały dzień, jak jesteś pewien że nikogo nie ma w zasięgu strzału. To nawet może być dobre. Rozniesie się pogłoska, że tam jakieś wariaty bez przerwy strzelają.

Poniżej przed domem Mariana i Wandy...

Przed domem
... z lewej Wanda, z prawej - nerwowy brat.

Zdjęcia z Nowego Jorku tutaj - KLIK. Również dość niezwykła historia kariery Mariana i Wandy w Nowym Jorku.

Późnym wieczorem wylecieliśmy do Kuwejtu.

Tagi: 1982 Kuwait USA
10:38, pharlap
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 28 grudnia 2015

Lech  Lech

Do USA wylecieliśmy 26 lipca. Po drodze był dwugodzinny postój w Londynie. Wieczorem dolecieliśmy do Nowego Jorku i dotknęliśmy amerykańskiej ziemi...

Wiza

Mieliśmy w USA dwójkę krewnych. Ja - ciocię Krysię. Z wyprzedzeniem uprzedziłem ją listownie o naszym przyjeździe, ale nie dostałem odpowiedzi. Sylwia miała wujka w Filadelfii. Odwiedził kiedyś Polskę - pełen energii, optymizmu i wiary w Amerykę. Był naukowcem, doktorem chemikiem, pracowal w dużej firmie na odpowiedzialnym stanowisku. Sylwia miała ciche nadzieje, że może zostanie z dziećmi u wujka kilka dodatkowtych tygodni. Jednak wujek potraktował nasz plan wyjadu na urlop do USA podobnie jak urzędnik amerykańskiego konsulatu. tylko z odwrotnej pozycji...
... przyjeżdża tu wielu Polaków, Polonia pomaga im znaleźć jakąś pracę, po pewnym czasie mają szansę dostać zieloną kartę, ale wy tam chyba jakimiś szejkami naftowymi jesteście. Na miesięczny urlop do Ameryki! Ja pracuję w swojej firmie 30 lat, przysługuje mi 2 tygodnie urlopu rocznie, ale nigdy nie biorę więcej niż tydzień. Wszyscy tak robią. Przecież jakby mnie nie było w pracy dwa tygodnie to szef mógłby zacząć się zastanawiać czy ja w ogóle jestem potrzebny.

Pierwszy nocleg załatwił nam poznany w Kuwejcie Amerykanin polskiego pochodzenia Joe Kubiak. 
Pierwszy dzień walczyliśmy z różnicą czasów. Popołudniu odwiedziliśmy dom rodzinny Joe. W telewizji baseball, na talerzach polska kiełbasa.  

ten tola

Coprawda naszym założeniem było wrócić po urlopie do Kuwejtu, ale po doświadczeniu ze stanem wojennym mieliśmy poczucie zawodności wszelkich planów. A nuż Irak albo Iran napadnie na Kuwejt? W związku z tym zabraliśmy ze sobą wszystkie pieniądze. Za część z nich kupiliśmy sztabkę złota - ten tola .

Następnego dnia rano polecieliśmy na Florydę, do Jacksonville. Na lotnisku czekal na nas Ken i zawiózł nas do swojego letniego domu. Dom byl przestronny, kilka kilometrów od szosy, w gęstym lesie nad jeziorem. Na brzegu było ostrzeżenie o krokodylach. Było bardzo ciepło, parno i często padały deszcze. Nie było to problemem bo padały krótko a po nich następowało lekkie ochłodzenie i wyraźnie odświeżenie powietrza. Po kuwejckiej spiekocie była to duża ulga.

Floryda


Kilka dni spędziliśmy w domu Kena a potem wybraliśmy się na kilkudniowy objazd Florydy. Sea World, DisneyWorld. W tym drugim spędziliśmy dwa dni. Dla dzieci była to wielka zabawa...

DisneyWorld

Niezliczona ilość atrakcji, co parę godzin na głównej ulicy odbywała się wielka parada, każda z innym tematem przewodnim - dziki Zachód, myszka Miki, przybysze z kosmosu. Nad wszystkim królowała sylwetka zamku Neuschwannstein.
Mnie osobiście najbardziej podobały się przejażdżki zwariowaną kolejką - roller coaster. W drugim dniu pobytu zacząłem zauważać rysy pod lukrową powierzchnią rozrywkowej maszyny - kwiaty były sztuczne, młodzi ludzie udający radosne automaty w licznych paradach nie byli automatami i nie byli tacy radośni, liczne meksykańskie orkiestry w rzadkich chwilach odpoczynku nie ukrywały znużenia.

Kolejny etap wycieczki był dla mnie jakiegoś rodzaju odtrutką na ten fikcyjny świat - Kennedy Space Centre  na przylądku Canaveral - KLIK.

Statek kosmiczny

Tu były prawdziwe statki kosmiczne pamiętne z często dramatycznych relacji z pierwszym wypraw w kosmos. Dla dzieci było to jednak rozczarowanie - nie można nacisnąć żadnego guzika, nic się nie błyska ani nie trzęsie.

Za namową Kena odwiedziliśmy również najstarsze miasto w USA - St Augustine - KLIK.

W domu Kena spędziliśmy jeszcze kilka dni - więcej zdjęć z pobytu na Florydzie tutaj - KLIK.

Kolejnym etapem wakacji był Waszyngton. Ken poradził pojechać tam autobusem Greyhound. Gdy wysadzał nas na stacji Greyhound w Jacksonville mina mu zrzedła. Dworzec był w dzielnicy opuszczonej przez mieszkańców, na pustych ulicach pojawiali się czasem mocno podejrzani osobnicy. Jednak w środku budynku panowal porządek. Kupiłem bilety, nadałem bagaż i spytałem gdzie zajedzie nasz autobus. Tego bileterka nie wiedziała - rozejrzyj się po przystankach.
Rozejrzałem się. Nie widziałem nigdzie tabliczki z napisem Waszyngton. Ktoś wyjaśnił mi, że musimy wsiąść do autobusu udającego się do Toronto. W końcu znaleźliśmy. Podróż trwała całą noc. Do Waszyngtonu dojechaliśmy bardzo wczesnym rankiem. Poszedłem odebrać bagaże. Pani w okienku popatrzyła na mnie ze zdumieniem
- A ty skąd się tu wziąłeś?
- Jak to skąd, z Jacksonville.
- To niemożliwe, twój bagaż przyjedzie dopiero za 2 godziny. Przyleciałeś tu samolotem?
Dworzec był znowu w podejrzanej okolicy. Co pewien czas zajeżdżała limuzyna albo taksówka i wysiadał z niej bardzo elegancko ubrany Murzyn. Siadał na ławce w poczekalni i nieomal zapadał w sen, ale zanim zasnął przyjeżdżała po niego taksówka albo limuzyna.
Po poczekalni nieustannie krążyli strażnicy z pałkami przypominającymi kije baseballowe. Ich zadaniem było chyba wyganiać ludzi bez biletów. Co pewien czas zbiegali do toalety i tam sprawdzali wszystkie kabiny po kolei najpierw waląc kijem w drzwi a potem zagladając do środka.
Wreszcie przyjechał bagaż. Miałem powazne obawy czy taksówka zawiezie nas do hotelu, ale zawiozła.

W Waszyngtonie odwiedziliśmy okolice Białego Domu gdzie bardzo nas ujął pomnik Tadeusza Kościuszki wśród pomników bohaterów Amerykańskiej Rewolucji - KLIK.

Kosciuszko

Po najechaniu myszą na powyższe zdjęcie pokaże się inna strona pomnika, ta z podpisem Racławice i mottem: and freedom shrieked as Kosciuszko fell.

Prócz tego odwiedziliśmy cmentarz wojskowy Arlington, National Gallery, Smithsonian Institute i muzeum dinozaurów.
W National Gallery trafiliśmy na bardzo bogatą wystawę malarstwa El Greco. Przy okazji wstąpiliśmy na lunch w miejscowym barze. Domowe jedzenie - klops z kapustą i gotowanym ziemniakiem. Szczególnie ten ziemniak przypadł Michałów do gustu gdyż dotąd naogół jadaliśmy frytki. Nic dziwnego, że gdy następnego ranka planowaliśmy rozkład dnia zaproponował - a może jeszcze raz do Galerii? Posłuchalismy tej rady.

Zdjęcia z pobytu w Waszyngtonie tutaj - KLIK.

Ostatniego dnia wypożyczyliśmy auto i ruszyliśmy w dalszą drogę. Przy wynajmie samochodu pewnym kłopotem był fakt nieposiadania przeze mnie karty kredytowej. W Kuwejcie można było założyć tylko kartę Diners's Club, kosztowała dość drogo a ja nie widziałem żadnej korzyści w posiadaniu karty. Agentka Hertza zrobiła kopię mojego paszportu i biletów lotniczych, widziałem, że czuła się bardzo niepewnie.

Ruszyliśmy na północny wschód. Naszym ostatecznym celem był Nowy Jork, ale kolejny etap podróży wybrało za nas przeznaczenie...

Niagiara

Punkt informacyjny Niagara Falls. W środku przywitał nas niezwykle elokwentny pan. 
- Chcecie odwiedzić wodospad Niagara! Doskonale trafiliście, U nas macie ostatnią szansę załatwić sobie przyzwoitą kwaterę.
- Ale my tam dojedziemy dopiero za dwa dni.
- Czy wiecie co tam się teraz dzieje?
- ???
- Motorowodne mistrzostwa Ameryki, kilkanaście tysięcy kibiców i masowy chrzest Baptystów, ponad 3,000 do ochrzczenia, każdy przyjedzie z rodzina i przyjaciółmi.
Zadzwonił i dość szybko załatwił nam noclegi i namówił nas jeszcze na wykupienie wycieczki historycznej po okolicach wodospadu.
W zamian dał mi kopię artykułu w gazecie o tym jak zjechał w zimie na nartach po zamarzniętym poboczu wodospadu i został za to aresztowany oraz udzielił rady jak podjechać wieczorem w pobliże wodospadu i znaleźć bez problemu parking.
Ruszyliśmy w drogę. Okolice były tak piękne, że trochę żal nam było, że tak pędzimy zamiast zatrzymać się gdzieś w lesie nad rzeczką.

Ciąg dalszy za dwa dni...

Tagi: 1982 Kuwait USA
01:35, pharlap
Link Dodaj komentarz »
środa, 23 grudnia 2015

 Lech   Lech

Przypomnienie ostatniego wpisu - Sylwię i Michała zaskoczył stan wojenny w Polsce. Brak łączności, zapowiadała się długa rozłąka.

Na Sylwestra... około godziny drugiej zadzwonił telefon. Usłyszałem głos Sylwii...
- Co za szczęście, mamy połączenie! Skąd dzwonisz?
- Z lotniska w Kuwejcie. Czy możesz po nas przyjechać?

Nie wierzyłem własnym uszom. Wiadomość była zbyt zaskakująca i zbyt dobra, ale nie zwlekając wskoczyliśmy z Anią do samochodu i pojechaliśmy.
Zgadzało się, Sylwia i Michał czekali na nas. Wsród bagaży wyróżniał się spory płócienny worek. Gdy go podniosłem coś zabulgotało. Wiadomo co.

Sylwia

Nie zdradziliśmy nikomu przyjazdu Sylwii i Michała i poszliśmy w czwórkę na Sylwestrowe przyjęcie. Sensacja była ogromna. Sylwia już po kilku minutach poczuła się jak u siebie w domu, albo nawet lepiej.

Tuż po wprowadzeniu stanu wojennego Biuro Paszportów przestało funkcjonować, wszystko przeszło pod kontrolę wojska. W przypadku Sylwii było to poważnym atutem. Ona była pracownikiem instytucji wojskowej i jej oryginalny paszport był wydany dopiero po uzyskaniu zgody MON. Cała dokumentacja była w wojskowych aktach teraz należało ją reaktywować. Nie było to łatwe, wymagało sporo tupetu i poczucia humoru ,ale to były Sylwii mocne strony.
Pozostała kwestia dojazdu do Kuwejtu. Bezpośrednie loty były wstrzymane. Sylwia odwiedziła biuro LOT żeby dowiedzieć się jakie są opcje. Szczęśliwie natrafiła na moją znajomą z czasu pracy w LOT, panią Basię W.  Okazało się, że 30 grudnia jest lot czarterowy do Damaszku, stamtąd już latają Kuwait Airways.
Samolot do Damaszku mocno się opóźnił ze względu na mgłę, gdy dolecieli na miejsce samolot Kuwait Airways był już gotowy do odlotu i chyba czekał tylko na Sylwię i Michała. W sumie podróż trwała kilkanaście godzin.
Na marginesie wspomnę, że nasz dobry znajomy dr Jerzy B. przyleciał do Polski w sobotę 12 grudnia. Przez wiele tygodni nie mógł wrócić do Kuwejtu mimo, że tutejszy szpital gdzie był szefem wydziału ginekologicznego wysyłał oficjalne pisma z prośbą o umożliwienie mu powrotu do pracy.

Co robić dalej?
W pracy miałem ustabilizowaną pozycję i mogłem być pewien przedłużenia kontraktu. Ale ile czasu trzeba będzie tu zostać? Rok? dwa lata? pięć lat? Kuwejt nie był całkiem bezpiecznynm miejscem. Tuż za miedzą toczyła się wojna iracko-irańska i samoloty bojowe obu stron czasem przelatywały nad Kuwejtem, czasem nawet spuściły bombę gdzieś na pustyni.

Do wyboru były 4 kraje prrzyjmujące migrantów - USA, Kanada, Australia i Południowa Afryka. Rozpatrywaliśmy 3 pierwsze.
W konsulacie USA wysłuchałem wykładu jak wielkim przywilejem jest otrzymanie prawa pobytu na amerykańskiej ziemi. Straciłem chęć ubiegania się o ten przywilej.
W konsulacie kanadyjskim miły młody człowiek z francuskim akcentem zachwalał politykę imigracyjną swojego rządu, wręczył mi plik broszurek na ten temat, wreszcie popatrzył na mnie badawczo...
- Mogę ci zadać trzy pytania?
- Proszę bardzo.
- Ile masz lat?
- 41.
- Ile pieniędzy przywieziesz do Kanady.
- Około $10,000.
- Czy masz w Kanadzie rodzinę albo bliskich przyjaciół?
- Nie.
- Powtórzę to co powiedziałem na początku, nasz kraj jest nastawiony na multikulturalizm, twoja aplikacja będzie potraktowana bardzo pozytywnie, ale prywatnie powiem ci - jeśli jesteś taki stary, taki ubogi i taki samotny to lepiej zostań tam skąd pochodzisz.
Ta rada bardzo mi się spodobała, Wyjeżdżając do Kuwejtu wyobrażałem sobie, że po kilku latach wrócę do Polski. Mamy dobre mieszkanie, dobrą szkołę, mam dobrą pracę, dobrą rodzine i znajomych, urozmaicone życie kulturalne. Jeśli uda mi się odłożyć w banku na Zachodzie około 10,000 na okazję wyjazdów do Europy to nic więcej nam nie potrzeba. 
Nadal uważam, że to było najlepsze co mogło nas spotkać, ale zasady gry zmieniły się radykalnie.

Następny był konsulat australijski.
- Jaki jest twój zawód? - spytali.
- Programista komputerów.
Urzędniczka złapała mnie za rękę. - Ja ciebie stąd nie wypuszczę dopóki nie podasz numeru telefonu. Twój zawód jest na pierwszym miejscu na liście naszych potrzeb.
Zostawiłem numer telefonu, wziąłem formularze imigracyjne.
- W Australii przynajmniej nikt nie będzie nam wypominał, że zrobili nam jakąś łaskę.  powiedziałem w domu.

Po jakimś czasie odbyliśmy interview. Jedynym minusem był mój wiek, ale spełnialiśmy wszystkie pozostałe kryteria. Badania lekarskie, prześwietlenie. W kwietniu powiadomiono nas o przyznaniu prawa stałego pobytu. Wiza była ważna na rok czyli nie ma potrzeby przedłużania kontraktu w Kuwejcie.
Teraz istotne było zgromadzić jakieś oszczędności na start w nowym kraju. 
Fakt przyjęcia Darka K. do pracy na unwersytecie za pośrednictwem Polservice otwierał jakąś szansę. Po wybadaniu sytuacji w konsulacie polskim przestałem płacić daninę do Metronexu i złożyłem podanie do Polservice. Wydaje mi się, że Janek zrobil tak samo.
Z dużą pomocą przyszedł mi niezawodny Andrzej M. - załatwił mi pracę po godzinch w jakiejś prywatnej firmie. Wspominałem już, że takie prace podjęła większość polskich komputerowców.

Zdecydowaliśmy się posłać Michała do szkoły, do której uczęszczała Ania - Kuwait English School. Była druga połowa roku szkolnego więc przyjęli go na doczepkę do klasy przedszkolnej. Miał duże trudności w asymilacji. Już po kilku dniach wrócił ze szkoły z płaczem..
- Nauczyciele kłamią!
- Jak to kłamią? - Michał wziął kartkę papieru i napisał literę A. 
- Co to jest?
- Rozumiem. To litera, po polsku wymawiamy ją - a , a po angielsku - ei. O to ci chodzi?
- To nie może tak być! Rozumiem, że każdy język ma swoje własne słowa, ale litery przecież są wspólne. Rozumiem, że litery arabskie wymawia się inaczej, ale to jest ta sama litera.
Żadne argumenty go nie przekonywały. W rezultacie w szkole buntował się przeciw wszystkiemu, zaczął się bić z każdym z osobna i z całą klasą jednocześnie. Skończyło się na tym, że Sylwia siedziała obok niego w ławce i uspokajała go gdy widziała, że z czymś się nie zgadza.
Po 2 tygodniach przyzwyczaił się.

Nadeszło lato. Od połowy czerwca temperatury rzadko spadały poniżej 40C. W lipcu często dochodziły do 50C. Kąpiel w morzu nie sprawiała przyjemności gdyż gorąca słona woda drażniła skórę. 
Tu wspomnę, że większość znajomych jechała podczas weekendu na odległą około 100 km od naszego domu Getty Beach.  Tu mieliśmy większe poczucie swobody. Wielu zostawało na plaży na noc. Spróbowaliśmy i my. Nie było to dobre doswiadczenie. Po pierwsze ostrzegano nas, że nad ranem do morza idą skorpiony z pustyni więc trzeba mieć się na baczności. Jak tu mieć się na baczności? Porobiliśmy różne barykady wokół naszego legowiska ale i tak nie zmruzyliśmy w nocy oka.
Po drugie nad ranem opadła na ziemię gęsta rosa i wszystko było mokre. Już więcej nie pozostawaliśmy na noc na plaży.
Wielu znajomych sprawiło sobie deski z żaglem. Nie udawało mi się utrzymać równowagi na desce , ale w gronie deskowych żeglarzy poznałem sympatycznego Amerykanina Kena Relyea. Wykładał on biologię morza na uniwersytecie.

Mieliśmy poważny dylemat - gdzie wyjechać na urlop? Do Polski nie ma mowy, zabiorą passport i nie wypuszczą. Nawet konsulat to potwierdzał. Europa Zachodnia to był poważny koszt. Wtedy z pomocą przyszedł Ken.
- Mamy domek w lesie na Florydzie i tam spędzamy lato. Ostrzegam, że lato na Florydzie jest okropne - duszno i ciągłe deszcze, ale jeśli Wam to nie przeszkadza to możecie się u nas na kilka dni zatrzymać.
Tropikalne lasy, zielono, deszcze - to wyglądało jak raj. W kontrakcie z uniwersytetem był zapewniony przelot na urlop do kraju zameszkania lub portu , do którego latał Kuwait Airways. A więc Nowy Jork. Z radością przyjeliśmy ofertę. Złożyłem papiery o wizę turystyczną do USA.

Bob Stratton, ten który słuchał co rano Głosu Ameryki i powiadomił mnie o stanie wojennym w Polsce, w każdy weeked grał w softball z pracownikami konsulatu USA. Wiedział o moich staraniach o wizę i któregoś dnia wspomniał mimochodem, że konsul dostał powiadomienie, że Polacy masowo nadużywają wiz turystycznych i pozostają w USA. Spojrzał przy tym na mnie badawczo. Zapewniłem go, że nie rozważamy takiej opcji, mamy wizy do Australii, chcę pozostać w Kuwejcie do końca kontraktu i odłożyć trochę pieniędzy. Bob spytał jescze co zrobimy z samochodem. Zostawimy pod opieką dozorcy, cóż innego możemy zrobić?
Nie wiem czy to miało znaczenie, ale wizę dostaliśmy bez trudu. Pamiętne było końcowe interview. Odbywało się w obecności sporego tłumu w poczekalni konsulatu. Tuż przed nami przechodziła przez nie młoda dziewczyna z Bangladeszu.
- W jakim charakterze jesteś w Kuwejcie?
- Służąca.
- Czy to typowe dla służących z Bangladeszu wyjeżdżać na wakacje do USA?
- Nie rozumiem... pzez dwa lata nie miałam urlopu, chcę pojechać do Ameryki.
- Czy masz w USA rodzinę?
- Tak , wujka w Nowym Jorku, to właśnie do niego jadę...
- Dziekuję - przerwał urzędnik - odmowa wizy. - z rozmachem przybił pieczęć w paszporcie.
Ta pieczęć najwyraźniej zmyliła petentkę gdyż zaczęła wylewnie dziekować.
- To jest odmowa wizy - powtórzył.
- Ale dlaczego?
- Bo jak masz rodzinę w Ameryce to znikniesz tam bez śladu.
- A ta pieczęć?
- To odmowa wizy. Żeby nasi urzędnicy nie tracili czasu gdybyś starała się powtórnie.
- Ale...
- Następny! 
Następni byliśmy my. Dostaliśmy wizy bez żadnych pytań.

Do Nowego Jorku polecieliśmy w końcu lipca.

Ciąg dalszy już po Świętach a teraz życzę czytelnikom pogodnych i radosnych Świąt.
 

Tagi: 1982 Kuwait
13:00, pharlap
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 16