Ⓒ Copyright Lech Milewski i Tadeusz Gajl

Kopiowanie całości lub fragmentów na bezpłatnym internecie dozwolone pod warunkiem podania linku do tego blogu.

Kopiowanie na innych mediach tylko po uzyskaniu pisemnej zgody autorów.

Kontakt:
Lech Milewski: pharlap@gazeta.pl
Tadeusz Gajl:tadeuszgajl@gmail.com

Blog > Komentarze do wpisu

Życie do góry nogami

Lech  Lech

Moja pierwsza praca...

J.Gadsden Packaging czyli fabryka puszek do piwa w przemysłowej dzielnicy Coburg. Wydaje mi się, że moje doświadczenie z pracy w przemyśle było głównym atutem. 
Zaczęło się jak w Polsce - badanie lekarskie w fabrycznym ambulatorium.  Fabryka też dość podobna do polskich fabryk. Biura firmy i ośrodek komputerowy mieściły się w centrum Melbourne. 

Pierwsza pensja - $24,000 rocznie - była raczej kiepska, ale to był drobiazg, najważniejsze było dla mnie Australian experience.
Komputer HP3000 - całkiem przyzwoity minikomputer. Język programowania - COBOL. To nie było dla mnie problemem. Chyba od pierwszego dnia byłem w pełni wydajnym pracownikiem.
W ośrodku komputerowym było zatrudnionych 8 osób, byłem mile zaskoczony ich kwalifikacjami.
Moje pierwsze zadanie - planowanie produkcji - to była moja specjalność z pierwszej pracy w Polsce. Puszka do piwa w porównaniu z iskrownikiem motocykla to była fraszka. Chyba byłem zbyt arogancki gdyż pierwsza próba uruchomienia nowego systemu mojego autorstwa zakończyła się niepowodzeniem. Powtórka 2 tygodnie później poszła już dobrze.
Te 2 tygodnie to była istotna lekcja - w przypadku niepowodzenia nie wstydź się,  poproś o pomoc, ludzie są życzliwi.

W pierwszej pracy czułem się trochę nie w porządku. Zaczynałem ją z przeświadczeniem, że to tylko drobny stopień w dalszej karierze. Niech tylko uzbieram rok australijskiego doświadczenia i lecę dalej, wyżej. To było logiczne. Tylko zmiana pracy pozwoli mi znacząco podwyższyć zarobki. Poza tym to była zbyt mała firma i zbyt prosta produkcja. Nie widziałem tu wielkich perspektyw.  Jednak zarówno mój szef jak i współpracownicy byli tak sympatyczni, że było mi przykro myśleć o odejściu.
Większość pracowników ośrodka to byli Australijczycy, ale trafił się jeden Rosjanin, to znaczy Żyd z Białorusi, Arkady. Kapitalne poczucie humoru a do tego ileż wspólnych tematów. Któregoś dnia Arkady wziął mnie na spytki:
- Lech, powiedz jak to w Polsce było, bo u nas opowiadali tyle plotek.
- Jakich plotek?
- Są u was sklepy dewizowe? Można dostać paszport? Są prywatni lekarze? Są prywatni rolnicy? 
Lista pytań była długa. Na wszystkie udzieliłem odpowiedzi twierdzącej. Arkady popatrzył mi uważnie w oczy:
- Lech, wyście chyba oszaleli! Skąd wam przyszło do głowy zmieniać taki system? 
Przyznawałem mu rację.

Życie...
Już na początku marca wynajęliśmy mieszkanie w bloku niedaleko od szkoły Michała. Mając w pamięci upały wybraliśmy chłodne mieszkanie, z oknami na bezsłoneczne południe. W połowie marca przyszły takie chłody, że nabawiłem się gorączki reumatycznej. Wydaliśmy fortunę na grzejniki, elektryczną podkładkę pod prześcieradło itp.  

Gdy tylko dostałem pracę kupiłem samochód - Ford Cortina - używany, automatic, bardzo solidna i ciężka maszyna.
Oczywiście przed zakupem samochodu zdaliśmy oboje egzamin na prawo jazdy. Na szczęście musieliśmy zdawać tylko egzamin pisemny. Sylwia dostała arkusze egzaminacyjne w języku polskim. Do każdego pytania 4 odpowiedzi do wyboru. Kilka odpowiedzi zapamiętałem do dzisiaj:
Pytanie - czy podczas jazdy samochodem można wyrzucać śmieci przez okno?
Jedna z odpowiedzi - tylko na wsi.
Pytanie: jak się zachować gdy zobaczysz znak Szpital?
Jedna z odpowiedzi - zatrąbić.
Pytanie: jak się zachować gdy za tobą jedzie wóz strażacki na sygnale?
Jedna z odpowiedzi - ustąpić drogi a potem jechać za nim i pomagać gasić.
Pierwszą praktykę miałem wkrótce po zdaniu egzaminu. Przyszły nasze rzeczy wysłane drogą morską. Musiałem odebrać je z magazynu portowego.
To byl dobry test - wynająć samochód bagażowy w centrum miasta, przejechać przez miasto, znaleźć drogę w portowym labryncie. Wszystko w ruchu lewostronnym. Nie było trudno, po prostu jechać tak jak samochód przede mną. Jedyne poważne wątpliwości miałem gdy trzeba było skręcić w prawo z lewego pasa. To specjalność Melbourne - KLIK.
Samo prawo jazdy było ciekawym dokumentem - nie było na nim zdjęcia właściciela...

Prawo jazdy

Dla wiekszości osób był to jedyny dokument tożsamości, nie było (i nie ma nadal) żadnych dowodów osobistych czy kart identyfikacyjnych.

Wszystkie formalności okazały się bardzo proste - konto w banku, zasiłek rodzinny, ubezpieczenie, wynajęcie mieszkania, załatwienie tefonu. To ostatnie najbardziej nam zaimponowało gdyż w Polsce nie doczekaliśmy się telefonu. Tu czekaliśmy niecałą dobę.

Szkoła dzieci. Wszystko szło bardzo dobrze. Michał asymilował się w Australii...

Bumerang

Ania błyszczała nadal blaskiem angielskiej szkoły. Któregoś dnia zadzwonil do mnie jej wychowawca.
- Ta twoja córka jest nadzwyczajna. A już w językach obcych.
- ????
- Jak ona świetne zna francuski! Poziom maturalny. Ona chyba się nudzi na lekcji.
- Nie szkodzi. Nowy kraj, sporo stresów. Niech się zrelaksuje na jednym przedmiocie.
- O tym chciałem z tobą porozmawiać. Co myślisz o przeniesieniu jej na język grecki?
- Grecki? Co za pomysł dziwny?
- Jest taka sprawa, że mamy tu nauczyciela greckiego, ale jak nie zbierzemy 16 uczniów to on straci pracę. Wszak też jesteś nowym imigrantem. Powinieneś to zrozumieć.
Spytałem Ani o zdanie. Śmała się - ta cała szkoła to jeden żart, wszystkie przedmioty. Może być grecki. Zgodziłem się. Ania z greckim nie miała żadnego problem, ale też niczego się nie nauczyła.
Jedyna sprawa, która mnie smuciła to brak kontaktu dzieci z rówieśnikami. Po szkole każde dziecko wracało do domu. Nie było podwórek, nikt nie bawił się na ulicy. W naszym bloku nie mieszkały żadne dzieci.

Możliwości pracy dla Sylwii były mocno ograniczone. W Polsce ukończyła pomaturalną szkołę techników fizjoterapii. Tutaj taka specjalność nie istniałą. Albo pielęgniarka albo fizjoterapeuta. Oba zawody wymagały długoletnich studiów. 
Narazie priorytetem był język angielski. Na szczęście były dostępne kursy angielskiego dla świeżoprzybyłych migrantów. 

Radosnym wydarzeniem była kilkudniowa wizyta w Melbourne mojego kuzyna - Józefa Milewskiego...

Józef M.

Józef był dyrektorem wielkiej francuskiej kopalni azbestu w Brazylii i przyjechał do Australii służbowo.
- Chcesz sprzedawać azbest w Australii? - zdumiałem się - tu właśnie zaczęła się antyazbestowa histeria.
Józef zapewniał mnie, że azbest z jego kopalni jest bezpieczny. Ulubionym zajęciem jego trójki dzieci było turlanie się w dół w tumanach pyłu z azbestowych hałd. Jednak Australijczyków nie przekonał. Na marginesie wspomnę, że Józef odkrył złoża azbestu w Brazylii, stoczył wielką batalię o zezwolenie francuskiej firmie na budowę kopalni i w końcu został tej kopalni dyrektorem. Na interecie znalazłem tylko maleńki ślad tej pasjonującej historii - KLIK.
Dla mnie ta wizyta była bardzo istotna, nie żyjemy na zupenym odludziu, nie zostaliśmy całkiem zapomniani.

Oczywiście niezawodną ostoją był gościnny dom Basi i Janusza. Wkrótce potrzebowaliśmy ich rady i pomocy w bardzo poważnej sprawie.
Bank ANZ ogłosił, że dla nowych migrantów znosi na 3 miesiące ograniczenia w udzielaniu kredytów na dom (2 lata systematycznego oszczędzania, spory depozyt).
- Absolutnie powinniście z tego skorzystać - radziła Basia - własny dom to najlepsza inwestycja. Jak nie skorzystacie teraz to będziecie jeszcze przez 2 lata płacić za nieswoje a przez 2 lata ceny pójdą w górę.
Dostaliśmy pożyczkę - $30,000, plus obietnicę dodatkowej pożyczki prywatnej do $10,000. Musieliśmy kupić dom w ciągu 3 miesięcy, potem pożyczka przepadała.
Każdy weekend spędzaliśmy na poszukiwaniach.
- Szukajcie w dobrych dzielnicach - radziła Basia - najgorszy dom w najlepszej dzielnicy, to powinno być waszą dewizą.
Znaleźliśmy...

Dom

Cena $63,500. O dużo za dużo. Bank pożyczył nam w sumie $40,000. Wysupłałem wszystkie oszczędności, resztę pożyczyli nam Basia i Janusz.
Spłaty dwóch pożyczek w banku plus pożyczki od Basi i Janusza to było bardzo duże obciążenie. Sylwia podjęła pracę jako szwaczka w fabryce kostiumów kapielowych.
Na wprowadzenie się do naszego domu musieliśmy czekać 3 miesiące. Prawie co weekend podjeżdżaliśmy sprawdzić czy dom jeszcze stoi. Podczas jednej z wizyt spotkaliśmy naszego sąsiada - George'a. Okazało się, że był weteranem bitwy pod Tobrukiem i pamiętał udział Polaków w tej bitwie...

Polskie szczury Tobruku

Powyżej polscy weterani Bitwy pod Tobrukiem na corocznej paradzie w Melbourne.

Po sprawdzeniu czy słyszeliśmy o królu Janie Sobieskim wyraźnie nas zaakceptował. Poinformował nas, że dom jest niezamieszkały, my nie mamy jeszcze prawa wstępu, ale on przejdzie przez dziurę w płocie i zacznie kosić regularnie trawę gdyż w innym przypadku tak zarośnie, że żadna kosiarka jej nie weźmie.

We wrześniu wprowadziliśmy się do własnego domu. Wymagał sporo drobnych prac. Część udało nam się wykonać. Resztę powinniśmy zrobić podczas letnich wakacji.
Lato w grudniu. To było dziwne i nienaturalne. Wigilię spędziliśmy u Basi i Janusza. Próżno było czekać na pierwszą gwiazdę. Polskie dania wigilijne smakowały dziwnie podczas upału.

Po Świętach wiele instytucji zawieszało działalność na minimum 2 tygodnie. Tak było w Sylwii i mojej pracy. To był właściwy czas na poważniejsze prace wokół domu. Jednak stare przyzwyczajenia tak łatwo nie ustepują. Wszak od dzieciństwa wiedzieliśmy, że w lecie dzieci jadą na wakacje. Kupiliśmy duży namiot i dwa dni przed końcem roku pojechaliśmy zwiedzić Sydney i okolice.

wtorek, 12 stycznia 2016, pharlap
Tagi: Australia 1983

Polecane wpisy

Komentarze
2016/01/12 11:14:29
A mnie ciekawi PharLapie, czy dzieci poszły w zawodowe ślady rodziców.

Pozdrawiam
-
2016/01/12 23:32:12
@blob0 - to się wyjaśni w następnym wpisie :)
-
Gość: , *.hhui7.cht.bigpond.net.au
2016/01/14 11:12:28
Ciekawe to, czytam mimo ze powinnam isc spac. Niełatwe mieliscie poczatki ale tez i bardzo fajne. Nam tez Australijczycy bardzo pomagali. Tak bylo wtedy, teraz juz troche inaczej, a moze ja juz nie potrzebuje pomocy?
-
2016/01/15 07:40:20
Pomoc... Myślę, że ludzie pomagają gdy to dotyczy ich najblizszego otoczenia - tak było w przypadku George'a - lub gdy potrzeba pomocy jest oczywista - matka nie może wnieść wózka do tramwaju.
Acha - istotne żeby pomoc nie sprawiała dawcy kłopotu.