Ⓒ Copyright Lech Milewski i Tadeusz Gajl

Kopiowanie całości lub fragmentów na bezpłatnym internecie dozwolone pod warunkiem podania linku do tego blogu.

Kopiowanie na innych mediach tylko po uzyskaniu pisemnej zgody autorów.

Kontakt:
Lech Milewski: pharlap@gazeta.pl
Tadeusz Gajl:tadeuszgajl@gmail.com

Blog > Komentarze do wpisu

Rewizyty

Moim pierwotnym zamierzeniem było odczekać w Australii aż w Polsce zakończy się stan wojenny, wszystko wróci do starego ładu - tego sprzed 1980 roku - i wrócić.
Lata mijały a sytuacja była wciąż zagmatwana.

Pierwsza odwiedzila Polskę Sylwia, w 1988 roku. Według jej relacji panował zupełny bałagan i niepewność.

W 1991 pojechala do Polski Ania. Była już na studiach - informatyka. Zaproponowaliśmy żeby przerwała studia i pojechała na pół roku do Europy, głównie do Polski. Zgodziliśmy się, że najlepszym sposobem wejścia w towarzystwo rówieśników będą studia. Nie było problemu z zapisaniem jej na 2 rok informatyki na Uniwersytecie Warszawskim.
Ania odwdzięczyła się obszernymi listami. Gdy pokazałem je swoim polskim znajomym w Kanadzie załatwili ich publikację w polskiej gazecie w Toronto... 

Toronto

Poniżej kilka wybranych fragmentów z listów Ani...

Ania  Ania

Doleciałam!
Muszę stwierdzić, że naprawdę niektórym ludziom miesza się w głowie podczas podróży. Wsiadam do samolotu a tu na moim miejscu Włosi. Ja do nich delikatnie, że siedzą na moim miejscu, a oni do mnie z całym wykładem po włosku. W końcu jednak ustąpili jak poprosiłam stewarda o pomoc.
Wcisnęłam się na moje miejsce przy oknie, zdjęłam akubrę, położyłam sobie poduszeczkę pod głowę i wyciągnęłam nogi. Włoska para patrzyła na mnie trochę dziwnie, ale jak się najedli to nawet próbowali ze mna rozmawiać.... 
DC9, którym leciałam z Rzymu do Polski, był malutki i tak klekotał, że myślałam, że sie w każdej chwili rozprśsnie. Ale się nie rozprysnął i wylądowaliśmy w Warszawie.

W sobotę rano poszliśmy na bazar. To znaczy stoją tam domeczki 3x3m z jasnego drzewa i gdyby było wiecej śniegu to można by pomysleć, że jest się na Alasce.

Niedziela, ledwo zdążyłyśmy do kościoła. Byłyśmy na mszy młodzieżowej. Może była ona i lepsza od innych, ale ja nie zauważyłam bo musiałam za duzo stać....

Następny tydzień Ania spędziła na nartach na Szrenicy. Potem spotkała się ze swoją australijską koleżanką szkolną Susan...

Właśnie wróciłam z mojej wyprawy z Susan. Najpierw pokazałam jej Warszawę - Stare Miasto, Łazienki.
Warszawa bardzo się Susan podobała bo ona uwielbia bazary i stragany a tego tutaj pełno. Kiedy się wałęsałyśmy po Warszanie spotkałyśmy "buskersów". I to z niebylekąd bo z Boliwii. No to po co jeżdzić do Ameryki Południowej jak Europa oferuje wszystko?

Potem wybrałyśmy się do Krakowa. Zanim tam dojechałyśmy i znalazłyśmy nocleg  to była już 14.
Popędziłyśmy więc pod Sukiennice. Obeszłyśmy rynek chyba 5 razy.
Następnego dnia poszłyśmy na Wawel a potem do Wieliczki razem z Kanadyjką, która mieszka z nami w pokoju.
Wieliczka to jest bajka. W Polsce przebywa teraz Steven Spielberg. Jak zobaczy Wieliczkę to na pewno tysiąc pomysłów przyjdzie mu do głowy.

W niedzielę rano , skoro dzień zaświtał, byłyśmy już na dworcu PKS. Kilku autobusów do Zakopanego nie było na rozkładzie. My załapałyśmy się na taki nieistniejący. Gdy wsiadałyśmy to powiedzieli nam, że wszystkie miejsca są już wysprzedane, ale oczywiście zmieściłyśmy się, my i jeszcze pięć osób bez biletu.
W Zakopanem przywitała nas piękna pogoda. Wjechałyśmy kolejką na Gubałówkę - Tatry wyglądały prześlicznie i bardzo blisko. Na dół zjechałyśmy na pupie.
W poniedziałek rano udałyśmy się do kolejki linowej. Zdecydowałyśmy się pojechać saniami, a że ja się spodobałam "kierowcy" to obniżył nam cenę i całowali po rączkach.
Na Kasprowy nie wjechałyśmy - 40,000 zł ($4) w jedną stronę to za drogo. Poszłyśmy za to na Giewont. Śnieg był po pas, zbocze strome, szlak nieprzetarty. Na szczyt nie dałyśmy rady wejść, ale zjazd na pupie był wspaniały.
Następnego dnia znowu trzeba się wcześnie pakować i jechać dalej - autobusem na Łysą Polanę. Ja przeszłam przez granicę bez problemu bo mam polski paszport, ale Susan musiała czekać na wizę i dzięki temu uciekł nam autobus. Nie wiedziałyśmy kiedy jest następny autobus, ale złapałyśmy autokar, który dowiózł nas do Tatrzańskiej Łomnicy.

W Czechosłowacji podróże i jedzenie są bardzo tanie, ale inne rzeczy są droższe niż w Polsce więc najadłyśmy się i pojechałyśmy do Popradu. Tam nie było co robić więc obejrzałyśmy film Komando a po filmie załapałyśmy sie na pociąg do Pragi. Jechałyśmy kuszetką, ale pociąg był bardzo rozklekotany a w przedziale gorąco, nie wyspałyśmy się.
Praga jest pięknym miastem, ale po siedmiu dniach ostrego chodzenia i pięciu dniach podróży dla nas mogła być tylko męcząca. Najbardziej nas ucieszyło kiedy spotkałyśmy buskerów z Boliwii i Peru i mogłyśmy usiąść na ulicy żeby ich posłuchać. Dotrwałyśmy jakoś do wieczora i znowu na pociąg.
Jeszcze rano kupiłam bilet, ale nikt mi nie powiedział, że trzeba kupić miejscówki. Jak głupia latałam po dworcu żeby się dowiedzieć, że 10 minut przed odjazdem pociągu już się miejscówek nie sprzedaje.

Pożegnałam się z Susan i wsiadłam do wagonu kuszetkowego. Tam dostałam nie tylko kuszetkę, ale cały przedział. W sąsiednim przedziale siedzieli jacyś faceci, którzy regularnie tu kursują i przewożą wódkę i koszulki do Polski. Zaczęli sie dziwować, że sama jadę i opowiadać mi historie o swoich podróżach tym właśnie pociągiem.
Jak to w Katowicach wsiadają rzezimieszki, którzy otwierają przedziały i wykradają wszystko, albo najpierw gazują cały wagon, żeby mieć zapewniony łup.
Włosy mi stanęły dęba a szczęka uderzyła twardo o podłogę ze strachu i zdziwienia.
Zanim poszłam spać namoczyłam sobie mały ręczniczek, zamknęłam przedział na zamek i łańcuch i położyłam się głową do okna. W ten sposób przechodzień nie widział kto jest w przedziale a ja widziałam jego.
Gdyby gazowali a ja bym się zorientowała, to mogłabym ręczniczkiem zakryć twarz i otworzyć okno. Byłam tak z siebie zadowolona, że nie mogłam zasnąć.
Po północy zbudzili mnie celnicy. Podstępowali paszport i poszli dalej. Godzinę później dojechaliśmy do Katowic, słyszałam jak faceci obok wysiadali.

Zostałam sama - dreszcze strachu.
Nagle obudziłam się, byliśmy na jakiejś stacji, pociąg już ruszał - Warszawa Zachodnia - odetchnęłam. 
Ubrałam sie piorunem i zadowolona wyparadowałam z przedziału. Pociąg właśnie się zatrzymał - Warszawa Centralna - próbuję otwarzyć drzwi a tu nic. Biegnę na drugi koniec wagonu - to samo. Panika! Na szczęście nie straciłam zmysłów i przeszłam do następnego wagonu a tam konduktor mnie wypuścił. Okazało się, że od Katowic wszystkie wagony były pozamykane przed rzezimieszkami a konduktor zaspał.

Studia.

Luty 1991... w poniedziałek zaczęły sie studia. Najpierw czułam się bardzo samotna, ale zainteresował się moją osobą pewien Staszek. Bardzo fajny chłopak, który robi wszystko żeby mnie gdzieś wyciągnąć.

Na wykładzeie często muszę prosić o przetłumaczenie pewnych słów. A czasem nawet jak rozumiem wszystkie słowa to nadal nie rozumiem zdania. Ale jak pytam innych studentów o wytłumaczenie to są bardzo pomocni.
Przedmioty mam następujące:
Algorytmy i struktury danych. Wykładowca - pan D. - jest świetny. Przedmiot bardzo oparty na matmie i bardzo mi się podoba.
Systemy Operacyjne - wykładowca - pan M. - jest nudny, ale mam kopie wszystkich notatek to nie muszę chodzić na wykłady.
Metody Przetwarzania Danych - pan W.
Tatusiu! Myśmy myśleli, że w Austrlii oni sobie robią żarty z tych baz danych, ale tutaj oni zupełnie zwariowali na punkcie zapisu relacji w sposób matematyczny. Wykładowca jest bardzo "profesorowy".
Metody Optymalizacji - wykładowca O. Pan O. właśnie wrócił z zagranicy i uważa się za wszechmogącego. Ale na razie zajęć nie było bo pan O. spóźnił sie o więcej niż studencki kwadrans.
Metody Translacji - pan L. Pan L. jest bardzo "cool". Przedmiot ten robiłam już  Australii jest bardzo fajny i w pewnym sensie lepiej uczony niż na uniwersytecie Monash.

W środę wieczorem byłam na musicalu Metro. Fantastyczne! Nareszcie ktoś użył technologię laserową. Jedna scena była nie do uwierzenia.

W czwartek byłam na koniach - piękne konie. Nie kopią, nie gryzą. Czasami zrzucają. Bez bata nie ruszają się, z batem - czasem głupieją. Nie są ostrzejsze od tego samego typu kona w Australii.

28/2/1991 - przebrnęłam przez drugi tydzień studiów i muszę powiedzieć, że do tej pory zawiodłam się. Tutaj są tylko dwaj prawdziwy komputerowcy, ale jeden to teoretyk więc zostaje jeden. Cała reszta to konie z klapkami na oczach, którzy chcą tylko skończyć bo wtedy będą zarabiali "melony"....
Nie mają tego błysku w oczach, nie rozmawiają z podnieceniem i przyspieszonym biciem serca, w oczach nie zabłyśnie im iskierka fantacji gdy wymawiają słowo UNIX.
Przecież jak my na Monash dostaliśmy konta na UNIX to resztę dnia spędziliśmy na komputerze.
A tutaj oni zobaczyli co mają w katalogu i sobie poszli. Nie chcieli hackować, nie chcieli wysłać maili, nie chcieli rozmawiać.
To po prostu ręce opadają. Po co oni robią ten kurs w takim razie?

W Tłusty Czwartek, czyli wczoraj, byłam drugi raz na koniach. Przywiozłam ptasie mleczko co bardzo spodobało się mojemu instruktorowi...
Szef zakładu nazywa się Witek i pamięta Janusza S. ze swoich młodych lat. A w ogóle to mu się bardzo spodobałam i pozwolił mi jeździć 2 razy w tygodniu.
Za 18 lekcji po 1.5 godz zapłaciłam 400,000 zł.
W ogóle towarzystwo końskie jest świetne - gorsi pijacy od Janusza! Tu nie ma mowy żeby ktoś wsiadł na konia bez strzemiennego. A jak skończą jeździć to piją dalej i grają w brydża. Co za życie!

Jak się łatwo domyślić Ania wkrótce przestała chodzić na Uniwersytet za to podwoiła, potroiła, ilość lekcji jazdy konnej.

W marcu wyjechała z kuzynką na narty do Zakopanego. W maju pojechala na spływ kajakowy na Dunajcu. Potem odbyła ponad miesięczną wędrówkę po Europie. Poniżej końcowy przystanek - wyspa St Michel...

Saint Michel

Jesienią 1991 ja pojechałem do Polski. Wrażenia podobne jak Sylwii i Ani - buskersi z Południowej Ameryki grali nadal...

Buskersi

Na każdym kroku sklepikarze, na Stadionie X lecia - sklepikarze, w Pałacu Kultury - sklepikarze. Zdałem sobie sprawę jak bardzo rządy komuny ograniczały prawdziwe aspiracje wielu moich rodaków.

W 1997 roku Michał, również student informatyki, powtórzył doświadczenie Ani. Z tym, że nie poszedł na studia. Spędził kilka tygodni na nartach na Słowacji i w Austrii a potem znalazł sobie niezłą pracę jako nauczyciel angielskiego w prywatnych szkołach. 
Wtedy Polska wydawała się już być ustabilizowanym krajem. Michałowi ogromnie się podobała. Zainteresował się polską literaturą, stał się wielbicielem książek Marka Hłasko. 
Miałem duże nadzieje, że po skończeniu studiów w Australii przeniesie się do Polski.  

Nie spełniły się. Odwiedził Polskę w 2008 roku wraz z żoną Australijką i dwójką dzieci. Ukoronowaniem wyjazdu był udział w festiwalu polonijnych zespołów folklorystycznych w Rzeszowie...

Polonez Melbourne

Powyżej występ na scenie na placu w Rzeszowie.

Poniżej - po festiwalu - pociąg Rzeszow-Kraków. Dla mnie to już ODJAZD...

Powrót

czwartek, 14 stycznia 2016, pharlap
Tagi: 1991 Polska

Polecane wpisy

Komentarze
2016/01/15 13:03:04
Bardzo zaimponowała mi polszczyzna Ani. Ze wspomnień wynika, że wyjechała z Polski w wieku 10 lat a te listy pisała po 10 latach życia poza Polską.
Czy uczyliście Państwo dzieci polskiego w domu? Czy miały polskie towarzystwo? Czy syn równie dobrze posługuje się polskim?
-
2016/01/16 00:22:54
Polszczyzna Ani nas samych zaskoczyła.
W domu rozmawialiśmy wyłącznie po polsku, ale to były takie sobie, domowe rozmowy, rzadko na jakiś poważny temat.
W Australii dzieci już nie czytały polskich książek, miały lekturę szkolną.
Oboje dzieci chodziło do sobotniej szkoły dodatkowego języka, w ich przypadku polskiego. To była inicjatywa państwowa, opłacana przez państwo. To na pewno miało istotne znaczenie. Przede wszystkim śwadomość, że język to nie tylko nasz rodzinny kaprys.
W przypadku Ani, według mnie, decydujące były 3 lata szkoły w Polsce. W Australii, dopiero w 9. klasie przybiegła ze szkoły z radosną wiadomością - tatusiu, dzisiaj po raz pierwszy uczyli czegoś czego dotąd nie wiedziałam!
Osobna sprawa to zasługa szkoły australijskiej. Nie zwracano tu wiele uwagi na wiedzę za to uczono umiejętności na przykład pisanie esejów lub "creative writing".