Ⓒ Copyright Lech Milewski i Tadeusz Gajl

Kopiowanie całości lub fragmentów na bezpłatnym internecie dozwolone pod warunkiem podania linku do tego blogu.

Kopiowanie na innych mediach tylko po uzyskaniu pisemnej zgody autorów.

Kontakt:
Lech Milewski: pharlap@gazeta.pl
Tadeusz Gajl:tadeuszgajl@gmail.com

Blog > Komentarze do wpisu

Kuwait 1982 - szukanie wyjścia

 Lech   Lech

Przypomnienie ostatniego wpisu - Sylwię i Michała zaskoczył stan wojenny w Polsce. Brak łączności, zapowiadała się długa rozłąka.

Na Sylwestra... około godziny drugiej zadzwonił telefon. Usłyszałem głos Sylwii...
- Co za szczęście, mamy połączenie! Skąd dzwonisz?
- Z lotniska w Kuwejcie. Czy możesz po nas przyjechać?

Nie wierzyłem własnym uszom. Wiadomość była zbyt zaskakująca i zbyt dobra, ale nie zwlekając wskoczyliśmy z Anią do samochodu i pojechaliśmy.
Zgadzało się, Sylwia i Michał czekali na nas. Wsród bagaży wyróżniał się spory płócienny worek. Gdy go podniosłem coś zabulgotało. Wiadomo co.

Sylwia

Nie zdradziliśmy nikomu przyjazdu Sylwii i Michała i poszliśmy w czwórkę na Sylwestrowe przyjęcie. Sensacja była ogromna. Sylwia już po kilku minutach poczuła się jak u siebie w domu, albo nawet lepiej.

Tuż po wprowadzeniu stanu wojennego Biuro Paszportów przestało funkcjonować, wszystko przeszło pod kontrolę wojska. W przypadku Sylwii było to poważnym atutem. Ona była pracownikiem instytucji wojskowej i jej oryginalny paszport był wydany dopiero po uzyskaniu zgody MON. Cała dokumentacja była w wojskowych aktach teraz należało ją reaktywować. Nie było to łatwe, wymagało sporo tupetu i poczucia humoru ,ale to były Sylwii mocne strony.
Pozostała kwestia dojazdu do Kuwejtu. Bezpośrednie loty były wstrzymane. Sylwia odwiedziła biuro LOT żeby dowiedzieć się jakie są opcje. Szczęśliwie natrafiła na moją znajomą z czasu pracy w LOT, panią Basię W.  Okazało się, że 30 grudnia jest lot czarterowy do Damaszku, stamtąd już latają Kuwait Airways.
Samolot do Damaszku mocno się opóźnił ze względu na mgłę, gdy dolecieli na miejsce samolot Kuwait Airways był już gotowy do odlotu i chyba czekał tylko na Sylwię i Michała. W sumie podróż trwała kilkanaście godzin.
Na marginesie wspomnę, że nasz dobry znajomy dr Jerzy B. przyleciał do Polski w sobotę 12 grudnia. Przez wiele tygodni nie mógł wrócić do Kuwejtu mimo, że tutejszy szpital gdzie był szefem wydziału ginekologicznego wysyłał oficjalne pisma z prośbą o umożliwienie mu powrotu do pracy.

Co robić dalej?
W pracy miałem ustabilizowaną pozycję i mogłem być pewien przedłużenia kontraktu. Ale ile czasu trzeba będzie tu zostać? Rok? dwa lata? pięć lat? Kuwejt nie był całkiem bezpiecznynm miejscem. Tuż za miedzą toczyła się wojna iracko-irańska i samoloty bojowe obu stron czasem przelatywały nad Kuwejtem, czasem nawet spuściły bombę gdzieś na pustyni.

Do wyboru były 4 kraje prrzyjmujące migrantów - USA, Kanada, Australia i Południowa Afryka. Rozpatrywaliśmy 3 pierwsze.
W konsulacie USA wysłuchałem wykładu jak wielkim przywilejem jest otrzymanie prawa pobytu na amerykańskiej ziemi. Straciłem chęć ubiegania się o ten przywilej.
W konsulacie kanadyjskim miły młody człowiek z francuskim akcentem zachwalał politykę imigracyjną swojego rządu, wręczył mi plik broszurek na ten temat, wreszcie popatrzył na mnie badawczo...
- Mogę ci zadać trzy pytania?
- Proszę bardzo.
- Ile masz lat?
- 41.
- Ile pieniędzy przywieziesz do Kanady.
- Około $10,000.
- Czy masz w Kanadzie rodzinę albo bliskich przyjaciół?
- Nie.
- Powtórzę to co powiedziałem na początku, nasz kraj jest nastawiony na multikulturalizm, twoja aplikacja będzie potraktowana bardzo pozytywnie, ale prywatnie powiem ci - jeśli jesteś taki stary, taki ubogi i taki samotny to lepiej zostań tam skąd pochodzisz.
Ta rada bardzo mi się spodobała, Wyjeżdżając do Kuwejtu wyobrażałem sobie, że po kilku latach wrócę do Polski. Mamy dobre mieszkanie, dobrą szkołę, mam dobrą pracę, dobrą rodzine i znajomych, urozmaicone życie kulturalne. Jeśli uda mi się odłożyć w banku na Zachodzie około 10,000 na okazję wyjazdów do Europy to nic więcej nam nie potrzeba. 
Nadal uważam, że to było najlepsze co mogło nas spotkać, ale zasady gry zmieniły się radykalnie.

Następny był konsulat australijski.
- Jaki jest twój zawód? - spytali.
- Programista komputerów.
Urzędniczka złapała mnie za rękę. - Ja ciebie stąd nie wypuszczę dopóki nie podasz numeru telefonu. Twój zawód jest na pierwszym miejscu na liście naszych potrzeb.
Zostawiłem numer telefonu, wziąłem formularze imigracyjne.
- W Australii przynajmniej nikt nie będzie nam wypominał, że zrobili nam jakąś łaskę.  powiedziałem w domu.

Po jakimś czasie odbyliśmy interview. Jedynym minusem był mój wiek, ale spełnialiśmy wszystkie pozostałe kryteria. Badania lekarskie, prześwietlenie. W kwietniu powiadomiono nas o przyznaniu prawa stałego pobytu. Wiza była ważna na rok czyli nie ma potrzeby przedłużania kontraktu w Kuwejcie.
Teraz istotne było zgromadzić jakieś oszczędności na start w nowym kraju. 
Fakt przyjęcia Darka K. do pracy na unwersytecie za pośrednictwem Polservice otwierał jakąś szansę. Po wybadaniu sytuacji w konsulacie polskim przestałem płacić daninę do Metronexu i złożyłem podanie do Polservice. Wydaje mi się, że Janek zrobil tak samo.
Z dużą pomocą przyszedł mi niezawodny Andrzej M. - załatwił mi pracę po godzinch w jakiejś prywatnej firmie. Wspominałem już, że takie prace podjęła większość polskich komputerowców.

Zdecydowaliśmy się posłać Michała do szkoły, do której uczęszczała Ania - Kuwait English School. Była druga połowa roku szkolnego więc przyjęli go na doczepkę do klasy przedszkolnej. Miał duże trudności w asymilacji. Już po kilku dniach wrócił ze szkoły z płaczem..
- Nauczyciele kłamią!
- Jak to kłamią? - Michał wziął kartkę papieru i napisał literę A. 
- Co to jest?
- Rozumiem. To litera, po polsku wymawiamy ją - a , a po angielsku - ei. O to ci chodzi?
- To nie może tak być! Rozumiem, że każdy język ma swoje własne słowa, ale litery przecież są wspólne. Rozumiem, że litery arabskie wymawia się inaczej, ale to jest ta sama litera.
Żadne argumenty go nie przekonywały. W rezultacie w szkole buntował się przeciw wszystkiemu, zaczął się bić z każdym z osobna i z całą klasą jednocześnie. Skończyło się na tym, że Sylwia siedziała obok niego w ławce i uspokajała go gdy widziała, że z czymś się nie zgadza.
Po 2 tygodniach przyzwyczaił się.

Nadeszło lato. Od połowy czerwca temperatury rzadko spadały poniżej 40C. W lipcu często dochodziły do 50C. Kąpiel w morzu nie sprawiała przyjemności gdyż gorąca słona woda drażniła skórę. 
Tu wspomnę, że większość znajomych jechała podczas weekendu na odległą około 100 km od naszego domu Getty Beach.  Tu mieliśmy większe poczucie swobody. Wielu zostawało na plaży na noc. Spróbowaliśmy i my. Nie było to dobre doswiadczenie. Po pierwsze ostrzegano nas, że nad ranem do morza idą skorpiony z pustyni więc trzeba mieć się na baczności. Jak tu mieć się na baczności? Porobiliśmy różne barykady wokół naszego legowiska ale i tak nie zmruzyliśmy w nocy oka.
Po drugie nad ranem opadła na ziemię gęsta rosa i wszystko było mokre. Już więcej nie pozostawaliśmy na noc na plaży.
Wielu znajomych sprawiło sobie deski z żaglem. Nie udawało mi się utrzymać równowagi na desce , ale w gronie deskowych żeglarzy poznałem sympatycznego Amerykanina Kena Relyea. Wykładał on biologię morza na uniwersytecie.

Mieliśmy poważny dylemat - gdzie wyjechać na urlop? Do Polski nie ma mowy, zabiorą passport i nie wypuszczą. Nawet konsulat to potwierdzał. Europa Zachodnia to był poważny koszt. Wtedy z pomocą przyszedł Ken.
- Mamy domek w lesie na Florydzie i tam spędzamy lato. Ostrzegam, że lato na Florydzie jest okropne - duszno i ciągłe deszcze, ale jeśli Wam to nie przeszkadza to możecie się u nas na kilka dni zatrzymać.
Tropikalne lasy, zielono, deszcze - to wyglądało jak raj. W kontrakcie z uniwersytetem był zapewniony przelot na urlop do kraju zameszkania lub portu , do którego latał Kuwait Airways. A więc Nowy Jork. Z radością przyjeliśmy ofertę. Złożyłem papiery o wizę turystyczną do USA.

Bob Stratton, ten który słuchał co rano Głosu Ameryki i powiadomił mnie o stanie wojennym w Polsce, w każdy weeked grał w softball z pracownikami konsulatu USA. Wiedział o moich staraniach o wizę i któregoś dnia wspomniał mimochodem, że konsul dostał powiadomienie, że Polacy masowo nadużywają wiz turystycznych i pozostają w USA. Spojrzał przy tym na mnie badawczo. Zapewniłem go, że nie rozważamy takiej opcji, mamy wizy do Australii, chcę pozostać w Kuwejcie do końca kontraktu i odłożyć trochę pieniędzy. Bob spytał jescze co zrobimy z samochodem. Zostawimy pod opieką dozorcy, cóż innego możemy zrobić?
Nie wiem czy to miało znaczenie, ale wizę dostaliśmy bez trudu. Pamiętne było końcowe interview. Odbywało się w obecności sporego tłumu w poczekalni konsulatu. Tuż przed nami przechodziła przez nie młoda dziewczyna z Bangladeszu.
- W jakim charakterze jesteś w Kuwejcie?
- Służąca.
- Czy to typowe dla służących z Bangladeszu wyjeżdżać na wakacje do USA?
- Nie rozumiem... pzez dwa lata nie miałam urlopu, chcę pojechać do Ameryki.
- Czy masz w USA rodzinę?
- Tak , wujka w Nowym Jorku, to właśnie do niego jadę...
- Dziekuję - przerwał urzędnik - odmowa wizy. - z rozmachem przybił pieczęć w paszporcie.
Ta pieczęć najwyraźniej zmyliła petentkę gdyż zaczęła wylewnie dziekować.
- To jest odmowa wizy - powtórzył.
- Ale dlaczego?
- Bo jak masz rodzinę w Ameryce to znikniesz tam bez śladu.
- A ta pieczęć?
- To odmowa wizy. Żeby nasi urzędnicy nie tracili czasu gdybyś starała się powtórnie.
- Ale...
- Następny! 
Następni byliśmy my. Dostaliśmy wizy bez żadnych pytań.

Do Nowego Jorku polecieliśmy w końcu lipca.

Ciąg dalszy już po Świętach a teraz życzę czytelnikom pogodnych i radosnych Świąt.
 

środa, 23 grudnia 2015, pharlap
Tagi: Kuwait 1982

Polecane wpisy