Ⓒ Copyright Lech Milewski i Tadeusz Gajl

Kopiowanie całości lub fragmentów na bezpłatnym internecie dozwolone pod warunkiem podania linku do tego blogu.

Kopiowanie na innych mediach tylko po uzyskaniu pisemnej zgody autorów.

Kontakt:
Lech Milewski: pharlap@gazeta.pl
Tadeusz Gajl:tadeuszgajl@gmail.com

Blog > Komentarze do wpisu

Kuwait 1981 - normalne życie - c.d.

 Lech  Lech

Poprzedni wpis skończyłem w kościele więc kontynuuję temat,

Kuwait to kraj muzułmański, obowiązywało "sharia law", ale jednocześnie władza absolutna czyli władca ustala granice tolerancji. W Kuwejcie były one szerokie.
Jeśłi chodzi o "sharia law" to ostrzegano nas żeby w przypadku konfliktu z Kuwejtczykiem zawsze załatwić sprawę polubownie, nie dopuścić żeby trafiła do sądu, gdyż w sądzie każda sprawa jest najpierw weryfikowana przez duchownych - czy nie było obrazy boga. Jeśli druga strona ma złośliwego adwokata to sprawa może się bardzo źle skończyć.

Wspominałem już o tolerancji religijnej. Poza kościołami katolickimi były też kościoły innych religii chrześcijańskich. Sporo Syryjczyków i Irakczyków mieszkających w Kuwejcie to chrześcijanie.
Było chyba tylko jedno poważne zastrzeżenie - nie wolno prowadzić pracy misyjnej - jeśłi jakiś muzułmanin chciałby zmienić wiarę to wszystkie zaangażowane w to strony są na straconej pozycji.

Stroje kobiet były bardzo różnorodne, od czarnych sukien i nakryć głowy do całkiem swobodnych europejskich strojów, również mini spódniczki. Oczywiście mini na miarę 1981 roku.
Na uniwersytecie funkcjonowała, nie wiem czy społecznie czy urzędowo, grupa kontrolująca czy warunki pracy nie kolidują z praktykami religijnymi. W centrum komputerowym była salka do modlitw. Sporo dyskusji było na temat czy mężczyźni i kobiety mogą pracować na tych samych terminalach. W końcu zgodzono się, że mogą, ale na wszelki wypadek była osobna salka terminali tylko dla kobiet.

Niedaleko naszego domu był meczet. Kilka razy dziennie słychać było śpiew muezzina - KLIK. Niestety z głośnika i to nienajlepszej jakości. 

Któregoś dnia w stołówce uniwersyteckiej zauważyłem, że we wszystkich papierowych serwetkach były dziury. Okazało się że było tam logo uniwersytetu, na którym był cytat z Koranu. Wycierać usta cytatem ze świętej księgi i potem wyrzucać to do śmieci? Grupka ochotników wycinała logo z setek tysięcy serwetek, Wycięte fragmenty miały być spalone we właściwy sposób.
Muszę przyznać, że odebrałem to pozytywnie. Nie zażądali żeby wszystkie serwetki wymienić na nowe, w końcu nie byłby to wielki wydatek. Uznali prawo instytucji do błędu i osobiście włożyli wiele wysiłku żeby to naprawić.

Dwa razy doświadczyliśmy Ramadanu. Z tej okazji skrócono czas pracy o godzinę - od 7 do 13. Podczas Ramadanu obowiązuje post od zachodu do wschodu księżyca. Nie wiem co się dzieje gdy jest nów czyli księżyc nie ukazuje się na niebie. Szef ośrodka zalecił, żeby jeść, pić i palić papierosy tylko przy zamkniętych drzwiach. Ostrzegano również, żeby nie zapominać o ramadanie w samochodzie. Kierowcom często się zdaje, że nikt ich nie widzi.
W pobliżu naszego domu było kilka eleganckich willi.  Pod koniec dnia służba wyciągała przed wille dywany. Gdy pojawił się księżyc rozsiadały się tam grupy chyba tylko mężczyzn i do rana świętowali.
W naszym centrum tylko kilka osób było praktykującymi muzułmanami. Po spędzeniu nocy na biesiadzie byli ledwie przytomni. Szef polecił nam nie rozmawiać z nimi na tematy służbowe, ani na żadne inne. Dać im przetrwać do końca dnia. 
Ramadan kończył się radosnym świętem - Eid al Fitr. Już kilka dni wcześniej przy wielu domach pojawiały się zakupy na świąteczną ucztę...

Obiad

Na ucztę przeznaczony ten osobnik po prawej stronie. Proszę kliknąć w zdjęcie żeby przeczytać dokładniejszy opis końca Ramadanu

Bardzo istotną sprawą była nauka dzieci. W Polsce Ania chodziła do 3 klasy, Michał był w klasie przedszkolnej. Dzieci większości naszych znajomych w Kuwejcie chodziły do prywatnej Kuwait English School - KLIK. Był to spory wydatek więc zamierzaliśmy posłać do tej szkoły tylko Anię, Michała dopiero za rok. 
Póki co posłaliśmy ich oboje do anglojęzycznego przedszkola prowadzonego przez Hindusów. Dzieci nudziły się tam mocno, szczególnie Ania. Postępy w angielskim były bardzo małe. Radosna wiadomośc przyszła z Anglii - wujek Rysiek napisał, że jego syn Stefan wraz z żoną Lynne zapraszają Anie na 2 tygodnie do siebie do Londynu. Mają dwóch chłopców nieco młodszych od Ani.
W konsulacie angielskim złożyłem papiery wizowe.
- Proszę przyjść jutro po wizę - powiedziała sekretarka.
- Jutro? - zdumiałem się.
- To nasz normalny tryb - odpowiedziała - jeśli ci się spieszy to możemy załatwić w ciągu kilku godzin, ale musisz pokryć koszty teleksu. 
- Aż tak mi się nie spieszy. Zadowala mnie normalny tryb, ale moja córka ma polski paszport.
- To przyjdź jutro odebrać wizę.
Gdy wróciłem do pracy sekretarka powiadomila mnie, że dzwonili z konsulatu angielskiego i prosili o telefon. Zadzwoniłem.
- Przepraszamy, sekretarka udzieliła ci błędnej informacji. Załatwienie wizy dla twojej córki zajmie conajmniej 3 tygodnie.
Postanowiłem trochę go podręczyć.
- Co się stało, przecież wszystkim załatwiacie w ciągu 24 godzin?
- Sekretarka się pomyliła, nie wszystkim. Są różne kategorie, niektóre wymagają więcej czasu.
- Co ja mam powiedzieć mojej córce? Że należy do kategorii, która wymaga więcej czasu na decyzję?
Mój rozmówca czuł się bardzo niezręcznie, ale widocznie przepisy zabraniały mu wyjawienia oczywistego dla mnie faktu. Poprosiłem żeby wizę, lub odmowę jej wydania, przesłali do konsulatu angielskiego w Warszawie.

W maju w Kuwejcie było już gorąco. Temperatury codziennie przekraczały 35C. Koło domu mieliśmy malutki basen,  w którym dzieci spędzały sporo czasu...

Basen

Dużo przyjemniej było jednak na plaży - płatnej - poniżej dzieci na Messilah Beach...

Plaża

Na początku czerwca Sylwia pojechała z dziećmi do Polski. Dosyłałem im czasem paczki z owocami. Oczywiście nie pocztą, ale przez Kuwejtczyka wybierającego się do Warszawy. Było ich sporo. Już podczas załatwiania prawa jazdy (nie musiałem zdawać egzaminu) stwierdziłem, że wielu Kuwejtczyków zna kilka polskich słów. Przede wszystkim - kolezianka. Nie zaskakiwało mnie więc gdy czasami dzwonił do moich drzwi jakiś Kuwejtczyk z prośbą - list do kolezianki.
Przynosili listy nabazgrane bardzo słabą angielszczyzną. Zawierały często wiele bajkowych wyznań uczuć. Tłumaczyłem na polski a Kuwejtczyk żalił się - ja ją tak kocham a ona do mnie nie pisze. Czy wszystkie Polki takie zimne?
Czasem wspominali pobyt w Warszawie...
- Restauracja Kongresowa, ta z fontanną na środku. Byłem w Paryżu, Londynie, w Las Vegas, ale nigdzie nie jest tak pięknie jak w Kongresowej. Jak gasną światła, świecą się tylko strumienie wody a Krzysztof Krawczyk śpiewa - Rysunek na szkle - KLIK
- Rysunek na szkle. Co to znaczy? To coś o miłości, prawda? 
Kończyłem tłumaczenie a on, w rewanżu, proponował wieczorną przejażdżkę samochodem. Jechał do najbliższego centrum handlowego gdzie w tę i spowrotem krążyli samochodami jego koledzy. Krążyły wolno, kierowcy przesyłali sobie pozdrowienia wyrazistymi gestami. Czasem zatrzymywali się kupić sok owocowy lub pepsi-colę. I tak grubo ponad godzinę. Nic dziwnego, że jeden raz mi wystarczył.
Istotne było, że dzięki tym kontaktom mogłem prawie co tydzień znaleźć kogoś wylatującego do Warszawy. Bez problemu zabierał kilka kilo owoców.

Ania dostała wizę bez problemu i pod koniec czerwca poleciała do Londynu. Sylwia doniosła mi w trybie alarmowym, że na lotnisku zauważyła, że Ania ma wszy. Prawdopodobnie złapała je w przedszkolu. Czymprędzej powiadomiłem Lynne. Nie była zbytnio zaskoczona i szybko pozbyła się nieproszonych gości. Ciocia Lynne otoczyła Anię serdeczną opieką. Na początek kupiła jej śliczną sukienkę...

Ania i Lynne

Podczas pobytu Ani w Londynie miał miejce ślub księcai Karola i księżniczki Diany. Ceremonię ogladali w telewizji, ale następnego dnia przewieźli Anie trasą ślubnego orszaku.

Ania i kuzyni

Powyżej - z angielską rodziną - Paul, Stefan, Ania, Carl

W sierpniu wziąłem urlop i dołączyłem do rodziny w Polsce...

Nad Narwią

Do Kuwejtu wróciłem tylko z Anią. Wszak zaczynał się rok szkolny. Sylwia z Michałem postanowili zostać w Polsce do Wszystkich Świętych.

Podczas zapisów Ani do szkoły wypytywałem się o program nauczania i jak sobie radzą z uczniami nie znającymi angielskiego.
- Standardowy program angielskiej szkoły. Prace egzaminacyjne wysyłane są do Anglii do oceny, Dzieci dostają świadectwa szkolne honorowane w Anglii. W programia - angielski, science (czyli nauki wszelakie), sport, muzyka, francuski oraz lokalne dodatki - arabski i wprowadzenie do Islamu.
-  Francuski? - zdziwiłem się. Moja rozmówczyni speszyła się nieco.
- O, słyszałeś już o tym. Tak, francuskiego nie uczy rodowita Francuzka, ale Angielka, ale zapewniam cię, francuski to jej pierwszy język. Ona... 
- Ale jak ona przekazuje dzieciom instrukcje - przerwałem.
- Po angielsku, ale ona...
- Ale przecież moja córka nie zna angielskiego. 
- Ach, o to ci chodzi. Jesteśmy przygotowani na to, że wielu naszych uczniów nie zna angielskiego i w każdej klasie mamy 3 poziomy językowe - początkujący, średni i "native speaker" czyli mówiący po angielsku od urodzenia. Normalnie po 6 tygodniach początkujący przechodzą na poziom średni, ale te wszystkie dzieci, które chodziły do szkoły w Europie Wschodniej przechodzą po 6 tygodniach na poziom zaawansowany. 
I tak właśnie z Anią było. 

W Polsce Sylwia i Michał spędzali czas w jesiennej atmosferze.

Ognisko

Powyżej Michał i jego pediatra - dr Żmudzka. Na patyku chleb, kiełbasy nie można było dostać.

Tymczasem na uniwersytecie mieliśmy istotne wydarzenie. Do naszego ośrodka zaangażowano nowego pracownika z Polski - Darka Kucharskiego. Znałem go dobrze jeszcze z mojej pierwszej pracy, bardzo sympatyczny i powszechnie lubiany. Istotne dla mnie i Janka było to, że Darek przyjechał na kontrakt indywidualny pod egidą Polservice czyli tak jak nam się od początku marzyło. 
Nasz szef poinformował nas, że podczas starań o wizę do Polski zastrzegł, że Metronex nie umieści już na uniwersytecie żadnego pracownika i poprosił o oficjalny kontakt z Polservice. Wspomniał również, że zamierza zatrudnić więcej osób z Polski.

Uznaliśmy to za nową szansę, postanowiliśmy ponowić starania o przeniesienie na kontrakty indywidualne.
O końcówce roku 1981 i  stanie wojennym z perspektywy Kuwejtu pisałem tydzień temu - KLIK.  Wspominałem tam, że Wigilię i Święta spędziliśmy z Anią u Bożenki i Andrzeja. Sylwester zapowiadał się podobnie.

Ostatni dzień roku wypadał w czwartek czyli dzień wolny od pracy. Ranek i południe spędziliśmy z Anią dość smętnie w domu gdy, około godziny drugiej, zadzwonił telefon. Usłyszałem głos Sylwii...
- Co za szczęście, mamy połączenie! Skąd dzwonisz?
- Z lotniska w Kuwejcie. Czy możesz po nas przyjechać?

poniedziałek, 21 grudnia 2015, pharlap
Tagi: 1981 Kuwait

Polecane wpisy