Ⓒ Copyright Lech Milewski i Tadeusz Gajl

Kopiowanie całości lub fragmentów na bezpłatnym internecie dozwolone pod warunkiem podania linku do tego blogu.

Kopiowanie na innych mediach tylko po uzyskaniu pisemnej zgody autorów.

Kontakt:
Lech Milewski: pharlap@gazeta.pl
Tadeusz Gajl:tadeuszgajl@gmail.com

Blog > Komentarze do wpisu

13/12/81 - stan wojenny widziany z Kuwejtu

Lech  Lech

Dzisiejsza rocznica skłoniła mnie do zmiany chronologii moich wspomnień.

Rok 1981 - od stycznia przebywałem na kontrakcie w Kuwejcie. W marcu dołączyła do mnie rodzina.
Wraz z moim kolegą Jankiem uważaliśmy, że zostaliśmy niecnie wykorzystani przez Centralę Handlu Zagranicznego Metronex i staraliśmy się znaleźć sposób żeby przenieść się do centrali POLSERVICE. Wydawało nam się, że dobrym ruchem taktycznym będzie wymiana naszych służbowych paszportów na prywatne. Wydawało się to łatwe gdyż po sierpniu 1980 roku paszporty wydawano masowo.
Podczas wakacji letnich 1980 roku, ktore spędziliśmy w Polsce, złożyłem podanie o paszport. -
- Proszę przyjść za jakieś 6 tygodni - poinformowała mnie pani przymująca dokumenty. Biuro Paszportowe nie wysyłało powiadomień o załatwieniu sprawy, trzeba było pofatygować się osobiście.

Po wakacjach wróciłem do Kuwejtu tylko z Anią, Sylwia i Michał pozostali w Polsce. Spodziewałem się, że wrócą na początku listopada, po Wszystkich Świętych. Wtedy pojadę do Warszawy na kilka dni, oddam paszposrt służbowy, odbiorę prywatny (jeśli mi go przyznają) i wrócę do Kuwejtu jako wolny człowiek. Wymagało to załatwienia formalności wizowych, ale Kuwait University już przyzwyczaił się, że obaj z Jankiem wymagaliśmy specjalnej troski.

Pobyt a Anią w Kuwejcie wymagał pewnych zabiegów. Musiałem zorganizować jej transport do i ze szkoły i opiekę na czas kiedy byłem w pracy. Z pomocą przyszli mi sąsiedzi Libańczycy i oczywiście nasi najbliżsi przyjaciele Bożena i Andrzej M. 
W podobnej do mnie sytuacji był nasz znajomu Olek K. Jego żonie nie chciano wydać paszportu i tak jak ja był samotnym ojcem z córką. Dziewczynki bardzo się lubiły więc zajmowaliśmy się nimi na zmianę - jednego dnia przebywały u mnie, Ola zostawała na obiad i na noc, następnego dnia obie mieszkały u Olka.

Ania i Ola

Ania (po lewej) i Ola - w parku.

Na początku listopada Sylwia poinformowała mnie, że zostanie w Polsce nieco dłużej,  zarezerowała lot na 10 grudnia. Zdecydowaliśmy z Jankiem, że nie możemy dłużej odwlekać odebrania paszportów. Kupiliśmy bilety na lot w niedzielę 13 grudnia - do Warszawy przez Kair i powrót LOTem w środę.

Na początku grudnia Sylwia poinformowała mnie, że jednak nie zdążyła wszystkiego załatwic i przesunęła wylot na 17 grudnia. To była duża niewygoda gdyż musiałem zostawić Anię samą na 4 dni. Oczywiście Bożenka i Andzrej oferowali pomoc.

13 grudnia pojechałem rano na kilka godzin do pracy. Podwiózł mnie mieszkający niedaleko Amerykanin - Bob. Janek miał podebrać mnie z pracy w drodze na lotnisko.
- Czy słuchałes dzisiaj rano Głosu Ameryki? - zapytał jak zwykle Bob. 
- Nie, ja słucham tylko Głosu Związku Radzieckiego -  to była moja tradycyjna odpowiedź.
- Akurat dzisiaj może warto było słuchać Głosu Ameryki - odciął się Bob - w Polsce ogłoszono stan wojenny. 

Cały plan się zawalił. Co z Sylwią i Michałem? Całe szczęście, że nie polecieliśmy dzień wcześniej, wtedy Ania zostałaby sama w Kuwejcie na niewiadomo jak długo.

W pracy poczekałem na Janka i razem pojechaliśmy do hotelu Marriotte gdzie w halu stały teleksy głównych agencji prasowych - Reuter, Associated Press, Agence France-Presse. Co pół godziny teleksy drukowały tę samą wiadomość- nie mamy kontaktu z naszym przedstawicielem w Warszawie.

Pojechaliśmy do polskiego konsulatu. To samo - nie mamy łączność z Ministerstwem Spraw Zagranicznych.
Telefon w domu nie łączył z Polską.
Wątpliwą pociechą był komentarz wspomnianego wcześniej Boba - Głos Ameryki mówi, że blokada informacji z Polski jest dużo skuteczniejsza niż ta podczas rewolucji islamskiej w Iranie - mówił to z wyraźnym uznaniem .
A więc Polak potrafi. 

Zbliżały się Święta, koniec roku. Oczywiście Bożena i Andrzej zaprosli mnie i Anię na wszytkie świąteczne imprezy. 
Byliśmy im wdzięczni, ale przecież smutni. Ten rok zapowiadał się tak dobrze. 

niedziela, 13 grudnia 2015, pharlap
Tagi: Kuwait 1981

Polecane wpisy