Ⓒ Copyright Lech Milewski i Tadeusz Gajl

Kopiowanie całości lub fragmentów na bezpłatnym internecie dozwolone pod warunkiem podania linku do tego blogu.

Kopiowanie na innych mediach tylko po uzyskaniu pisemnej zgody autorów.

Kontakt:
Lech Milewski: pharlap@gazeta.pl
Tadeusz Gajl:tadeuszgajl@gmail.com

Blog > Komentarze do wpisu

Lataj LOTem - tam i spowrotem

Lech  Lech

Wspominałem, że czułem, że w FSO nie zagrzeję zbyt długo miejsca. Przyczyną praktyczną była duża odległość od domu. Przyczyną merytoryczną świadomość, że przez długi czas nic nowego mnie tu nie czeka. 
Jak na polskie warunki FSO było wystarczająco wyposażone w sprzęt komputerowy. Jeśli chodzi o wprowadzanie nowych systemów na istniejącym sprzęcie to szanse były niewielkie. Osobna sprawa to niezbyt jasne powiązanie naszego działu z właściwym centrum komputerowym. Stosunki z pracownikami centrum były koleżeńskie, ale ambicje kierownicze mogły przeszkadzać w szerszej współpracy.

Jeśłi nie w FSO to gdzie? Kłopot w tym, że Polska ekonomia była w sytuacji kryzysowej.
Na marginesie wspomnę, że moi koledzy z ETOBu - Andrzej M. i Jan R., z którymi utrzymywaliśmy bliski kontakt towarzysko-rodzinny - przenieśli się do pracy w centrum przemysłu maszynowego, które dysponowało komputerami IBM/370. Jakoś przegapiłem tę okazję.

LOT Polish Airlines.svg

Nie wiem na co liczyłem, ale nie przeliczyłem się. Na początku 1979 roku skontaktował się ze mną Marek Ch. mój partner ze spływu kajakowego, również informatyk. Z Markiem i jego żoną Elą utrzymywaliśmy regularny kontakt i grywaliśmy w brydża.
Okazało się, że Marek pracuje w LOCie jako kierownik zespołu odpowiedzialnego za wdrożenie systemu rezerwacji. System i komputer dostarczy firma UNIVAC - KLIK - w tamtym okresie zdecydowany potentat w dziedzinie produkcji najbardziej zaawansowanych technicznie komputerów i obsługi linii lotniczych. 
Marek zaproponował mi stanowisko kierownika zespołu programistów systemowych czyli ludzi odpowiedzialnych za funkcjonowanie software komputera. Dostawa komputera była planowana na początek przyszłego roku, pracownicy mieli przejść gruntowne szkolenie w centrum UNIVAC w Birmingham.
Wyglądało to jak wygrana na loterii. Praca na najbardziej zawansowanym technicznie sprzęcie, po raz pierwszy właściwe szkolenie przed rozpoczęciem pracy, roboczy kontakt z zagranicznymi fachowcami, szkolenie w Anglii. Sama praca w LOCie wydawała się być sympatyczna. Stały kontakt z zagranicznymi partnerami narzucał wyższe standardy. Prócz tego pracownikom przysługiwał raz w roku bezpłatny przelot na trasie obsługiwanej przez LOT. To wyglądało na spokojne gniazdo aż do emerytury.
Pewnym minusem był charakter pracy - programista systemowy czyli obsługa programów napisanych przez kogoś innego. Miałem jednak nadzieję, że z upływem czasu znajdą się dla mnie bardziej twórcze zadania.

Projekt dopiero startował i byłem pierwszym pracownikiem w swoim zespole. Od razu przyszły mi do głowy dwie kandydatury współpracowników - pracujący w naszym zespole na tłoczni Piotr Z. i pracujący w FSO doświadczony programista systemowy Adam R. Obaj wyrazili chęć zmiany pracy.

Złożyłem wypowiedzenie. W lutym zdążyłem jeszcze skorzystać z wczasów pracowniczych w Augustowie. Na wczasach było trochę nudno - dużo śniegu, ale szaro i mokro. Sensacji dostarczyła Ania, która zajęła drugie miejsce w turnieju warcabowym dla dorosłych, bez żadnej taryfy ulgowej. W drodze powrotnej do domu wpadliśmy na kilka godzin do Tadeusza i Elizy, którzy mieszkali w Białymstoku.

Koniec pracy w FSO zbiegł się z ważnym wydarzeniem rodzinnym. Moja Matka przeniosła się z domu rencistów w Białołęce do Domu Rencistów Chemik - KLIK. To była ogromna zmiana na lepsze. Po pierwsze Dom byl odległy około 200 m od naszego domu więc wzajemne wizyty były bardzo łatwe. Po drugie, niezależne mieszkanie wyeliminowalo wszelkie tarcia między moja Matką i Sylwią. Bardzo szybko Sylwia stała się najbliższą przyjaciółką mojej Matki.

Pracę w LOCie rozpocząłem w końcu marca, w połowie kwietnia pojechaliśmy na pierwsze, trzytygodniowe, szkolenie do Birmingham. Pojechało nas czterech, prócz mnie Marek, Piotr i Adam. Tematem kursu było programowanie w assemblerze i Fortran4. Dawaliśmy sobie dobrze radę, Wydaje mi się, że Piotr i Adam wyróżniali się wśród uczestników kursu.
Jedynym minusem było mieszkanie - duży hotel w środku miasta. Małe, ciemne sypialnie gdyż okna wychodziły na betonową ścianę. Brak miejsca gdzie moglibyśmy wspólnie spędzić czas - przedyskutować przerobiony materiał, porozmawiać, pooglądać wspólnie telewizję. Gdy dowiedzieliśmy się, że UNIVAC płaci za to 16 funtów dziennie przyszedł czas na akcję.
Zaproponowaliśmy żeby dali nam te pieniądze a my znajdziemy sobie coś bardziej odpowiedniego. Firma była zaskoczona, prócz tego pewnie miała wątpliwości czy wynajmieny coś o właściwym standardzie. Wszystkie rozmowy prowadził z nimi Marek i zgodzili się.

Następne szkolenie odbyło się chyba na początku lipca. Już drugiego dnia znaleźliśmy sobie zakwaterowanie. W dużym domu w znanej mi z poprzedniego pobytu dzielnicy Edgbaston. Było jasno, przestronnie, duża kuchnia, pokój telewizyjny.
Płaciliśmy około 20 funtów tygodniowo od osoby. Nasza sytuacja finansowa była bardzo mocna, dostawaliśmy dziennie diety 15 funtów plus 16 funtów na mieszkanie. 
Marek starał się integrować nasz zespół. Na lunch chodziliśmy do chińskiej restauracji, obiady szykowaliśmy sobie sami, nie jakies tam konserwy czy zamrożone dania, porządny obiad. Marek lubił i umiał gotowac i pod jego kierunkiem nabraliśmy wprawy.

Ostatnie szkolenie odbyło się w lipcu lub sierpniu. Pojechaliśmy na nie w nieco zmienionym składzie. To było już bardzo zaawansowane technicznie szkolenie więc Marek ustąpił miejsce świeżoprzyjętemu do mojego zespołu - Jankowi N.

Podczas poprzedniego pobytu zarezerwowaliśmy sobie miejsce w tym samym mieszkaniu, nawet zostawiliśmy w lodówce jakieś puszki. Podczas jazdy autobusem zauważyłem, że jedna z pasażerek przysłuchuje się z uśmiechem naszym rozmowom.. Wreszcie zagadnęła:
- Jak miło posłuchać takich młodych i sympatycznych ludzi. Co panowie robicie w Birmingham?
Wyjaśniliśmy naszą sytuację.
- To może panowie zamieszkacie u mnie? 
- Mamy zamówione wcześniej mieszkanie - zaoponoiałem.
- Och, to zawsze można anulować. Zapraszam na herbatę to sami panowie zobaczycie, to po drodze.
Wstąpiliśmy i jak się można domyślić pozostaliśmy. Pani Helenka była bardzo sympatyczną osobą. Jej mąż, John,  Anglik, również. Czuliśmy się u nich jak w rodzinie.
Oczywiście musiałem zadzwonić do naszej poprzedniej gospodyni i powiadomić ją o zmianie. To było trudne do przełknięcia dla obu stron. Na szczęście okazało się, że nasza poprzednia gospodyni jest klientką pani Helenki, która między innymi była kosmetyczką. Panie dogadały się i podobno nasza poprzednia gospodyni nie miała do nas żalu.

Tym razem szkolenie było dla mnie trudne. Szczegółowa analiza systemu operacyjnego. Bardzo dużo detali do skojarzenia i zapamiętania. Moi koledzy dawali sobie radę lepiej ode mnie.

Podczas pobytów w Anglii odwiedziłem kilkakrotnie mojego wujka i jego rodzinę w Londynie. Wujek był już od kilku lat na emeryturze jednak z powodu szeregu kryzysów naftowych jego firma poprosiła go o powrót do pracy. Renesans przechodził węgiel, uruchomiono kilka wcześniej zamkniętych kopalni i wzrosło zapotrzebowanie na usługi  żeglugi przybrzeżnej. Podczas jakiejś narady w firmie narzekano na wysokie koszty pilotów wprowadzających statki do portów. Ktoś wspomniał dawne dobre czasy kiedy to kapitanowie statków mieli uprawnienie pilotów.
- Chwileczkę. Pamiętacie kapitana Umińskiego? On miał chyba uprawnienia pilota na wszystkie angielskie porty, również na Tamizę.
Okazało się, że uprawnienia były jeszcz ważne i wujek wrócił na kilkanaście miesięcy do pracy. Była to dla niego ogromna satysfakcja. Przypomnę, że wujek miał polski tytuł kapitana i przez całą wojnę, jako kapitan, prowadził statki pod brytyjską banderą, przez Atlantyk i do Murmańska. Jednak po wojnie jego tytułu kapitańskiego nie uznano i musiał odbyć 7-letni staż jako I oficer. Teraz okazał się być najwszechstronniej kwalifikowanym kapitanem w Anglii.

Po powrocie do domu podliczyłem swoje oszczędności dewizowe i zdecydowaliśmy kupić samochód - fiat 126p - czyli maluch. Kupując za dewizy - około 1,300 dolarów - nie musiałem czekać w kolejce. Sylwia czymprędzej zrobiła prawo jazdy.

W listopadzie wykorzystałem, nieco przedwcześnie, swój pracowniczy przywilej - bezpłatny przelot. Polecieliśmy razem z Sylwią do Budapesztu gdzie mieszkała dobra koleżanka Sylwii. Dziećmi zajęła się matka Sylwii.
To była moja pierwsza wizyta w kraju demokracji ludowej. Budapeszt zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie - spokój, elegancja, tradycja - podobnie jak w Wiedniu.
Zdążyliśmy odwiedzić operę, piękny stary gmach, znowu skojarzenie z Wiedniem...

Opera 

Wystawiali W.A. Mozarta - Uprowadzenie z seraju , w wersji koncertowej. Tu spostrzeżenie - język węgierski bardzo mnie frustrował, nie potrafiłem zapamiętać żadnego słowa. Zapamiętałem jedno jedyne - dziękuję - köszönöm - wymawia się: kesenem - właśnie na tym spektaklu.
Do tego jeszcze wizyta w cesarsko-królewskim pałacu...

Pałaz

Stosownym zakończeniem roku był wyjazd do ośrodka komputerowego Air France na francuskiej Rivierze.  Air France korzystało z komputera i systemu rezerwacji UNIVAC i miało pełnić rolę starszego brata w naszym projekcie. 
Centrum było imponujące. Przede wszystkim lokalizacja w pięknych górach. Na sąsiedniej górze znajdowało się centrum badawcze IBM, w którym pracował mój kuzyn Andrzej Milewski.
Ten wyjazd miał dla mnie bardziej rodzinny niż służbowy charakter. W okolicy mieszkał stryjeczny brat moje Ojca - Józef oraz jego dwaj synowie - Józef i wspomniany powyżej Andrzej. Spotkaliśmy się i spędziliśmy razem jeden wieczór.

Do domu przywiozłem butelkę wina beaujolais - wypiliśmy toast za udany rok, kolejny zapowiadał sie równie dobrze.

PS1 Wspomnienie o tym jak spędzałem wolny czas w Birmingham - KLIK.
PS2 Andrzej Milewski był zapalonym lotniarzem. Był chyba reprezentatntem Francji w tej dyscyplinie. Gdy przeszedł na emeryturę spędzał czas następująco: całe lato latał na lotni we Francji, w grudniu przyjeżdżał latać w Australii a w marcu przenosił się na 2 miesiące do Maroka.
Znalazłem filmik z jego lotu - rok 2013 - czyli liczył sobie ponad 80 lat - KLIK

sobota, 14 listopada 2015, pharlap
Tagi: praca lot Anglia

Polecane wpisy

  • LOTem dalej, dużo dalej

    Lech Po zimowych rozrywkach i obozie wojskowym byłem gotowy do akcji. Najpierw jednak odbył się wieczór pożegnalny moich kolegów z dawnej pracy - Andrzeja M. j

  • Sezamowe skarby - rok 1974

    Lech Rok 1974 obfitował w liczne ważne wydarzenia. Główne funkcje systemu Sezam zostały zakończone i uruchomione. Użytkownicy mogli korzystać z systemu bez nasz

  • Sezamie otwórz się

    Lech W poprzednim wpisie wspomniałem, że zacząłem pracować w Pracowni EtobSystem i, że jej szef Andrzej Zienkiewicz wiązał z moja osobą duże nadzieje. Na począt

  • Jak to jest z tą emigracją?

    Ze wszystkich osób, które dotychczas poznałem, jedynie niewielka ich część zdecydowała się na emigrację i osiedlenie się w innym kraju. Zastanawiałem się ostatn

  • Powolutku

    Ostatnie dni w pracy mijają mi tak powolutku, spokojnie. Wcześniej cały czas się śpieszyłam. Szybko liczyłam na kasie, żeby później biec wykładać towar, żeby ja

Komentarze
Gość: Peter, *.ph.ph.cox.net
2015/11/14 13:19:23
Twoj experyment z podwajaniem stawki w kasynie byl dla mnie dobra lekcja. Od tego czasu nigdy nie gralem za pieniadze, ani w kasynie ani prywatnie.