Ⓒ Copyright Lech Milewski i Tadeusz Gajl

Kopiowanie całości lub fragmentów na bezpłatnym internecie dozwolone pod warunkiem podania linku do tego blogu.

Kopiowanie na innych mediach tylko po uzyskaniu pisemnej zgody autorów.

Kontakt:
Lech Milewski: pharlap@gazeta.pl
Tadeusz Gajl:tadeuszgajl@gmail.com

Blog > Komentarze do wpisu

Mętlik w głowie

Wiesia  Wiesia

Z werwą prowadziła lekcje pani od geografii. Ruchliwa, wszystkowiedząca, mocno umalowana, młoda.
- Polska  nie będzie taka, jak przed wojną. Koniec z zacofanym, biednym krajem rolniczym, stawiamy na przemysł – mówiła z przekonaniem. Kraje demokracji ludowej szybko staną się o wiele bardziej nowoczesne od kapitalistycznych. Zapisywaliśmy podawane przez nauczycielkę przykłady zmian, nieraz drobnych, jednak świadczące o tym, że podążamy w obranym kierunku krok po kroku. Na przykład niedawno zaczęto produkować w Jelczu koło Oławy samochody ciężarowe i autobusy. Niby nic takiego w porównaniu z Nową Hutą, ale dzięki temu jest perspektywa, że za rok, najdalej dwa, w warszawskich autobusach nie będzie już takiego tłoku. Będziemy mieć ich więcej. Dodatkowe tramwaje dla stolicy też nadejdą – obiecywała.
Wywoływała nas kolejno do mapy Polski rozwieszonej na tablicy, wskazywaliśmy, gdzie leży Jelcz i Oława, przez którą płyną dwie rzeki Oława i Odra. Zapisaliśmy w zeszytach, że z Warszawy do Oławy jest 295 km. Produkcję w Jelczu rozpoczęto wykorzystując hale poniemieckiej fabryki zbrojeniowej Bertha Werke zniszczonej w czasie wojny, a po wojnie ogołoconej przez Rosjan z maszyn i urządzeń.
W tym samym czasie co Zakłady Jelczańskie powstała Gdańska Stocznia Remontowa, która mimo wichrów i zamieci zawsze dawała sobie radę i istnieje po dziś dzień.
Z ciekawostek: kiedy inne stocznie bliskie były upadku, a potem zwijały działalność „Remontowa” nie tylko utrzymała się na powierzchni, ale w 1993 r. kupiła stocznię w albańskim Durres, niestety nie dała rady zbyt długo jej utrzymać.

Wracając do przeszłości – z doświadczalnego studia telewizyjnego Instytutu Łączności w Warszawie w październiku 1952 r. nadany został krótki program, który można było obejrzeć na 24 telewizorach marki Leningrad z ekranami o wymiarach 12 na 18 cm, tyle mieliśmy telewizorów w kraju. Po kilku miesiącach półgodzinne programy telewizyjne nadawane były co tydzień.
Można powiedzieć, że po czternastu latach próbowano kontynuować podjęte niegdyś wysiłki. Z anteny na dachu gmachu Prudentialu (po wojnie był w nim Hotel Warszawa) eksperymentalna stacja telewizyjna nadała pierwszy swój pierwszy program w październiku 1938 r

Dowiedzieliśmy się na geografii, że pośrodku Oceanu Spokojnego zdetonowano pierwszą amerykańską bombę wodorową. Dużej mapy tej części świata w szkole na razie nie było, nauczycielka miała zapisane w notesie, że bomba eksplodowała na Atolu Enewetak, Powiedziała nam, że jedna z koralowych wysepek w tym rejonie, wskutek potwornego wybuchu po prostu znikła. Taką broń szykowano na nas, na mnie.
Przerażona śledziłam audycje radiowe o tej bombie. Już wcześniej wystraszono mnie bombami atomowymi, do nich doszły jeszcze wodorowe. W razie wybuchu – instruowano – najlepiej paść na ziemię i nakryć się gazetą, ale gwarancji przeżycia nie ma. Myślałam o tym co może się stać, jak Amerykanie zrzucą bombę wodorową na Warszawę. Kiedy znalazłam się w wypożyczalni książek przy Żelaznej  i przed budynkiem coś huknęło, nie zastanawiając się  padłam. Ponieważ zrobiłam to tylko ja, a inni spokojnie stali, gdy się podniosłam z podłogi zrobiło mi się głupio. Chociaż się ze mnie nikt nie śmiał, z wypożyczali wybiegłam.

Zmarł Stalin. Wieczorem przyszedł do nas przyjaciel Taty - Zygmunt Racięcki, też inżynier architekt, z którym przez jakiś czas Ojciec pracował. Obaj wówczas specjalizowali się w budowaniu domów z gliny. Gliniane bloczki, z których wznoszono ściany były podobno nie tylko najtańszym materiałem budowlanym, ale dobrze izolowały i jednocześnie posiadały wysokie zdolności akumulacyjne. Po raz pierwszy chyba nie zagrzebali się natychmiast w sterty zrulowanych kalek i papierów, a ich uwaga nie skupiła się na rysunkach rozpiętych na desce w dużym pokoju. Chcieli porozmawiać ze mną.
Ojciec zaczął od tego, że ludzie na ulicach pytają na co Stalin umarł, chociaż znają odpowiedź, która brzmi: na szczęście! On też tak uważa. Nie byłam już zupełnie głupia, ale ciągle wiedziałam na swoje lata niewiele. Ojciec i jego znajomi słuchali audycji  nadawanych przez polską sekcję Radia Wolna Europa. Niejasne, zagłuszane słowa i zdania przedzierały się wśród świstów i gwizdów do moich uszów. Słuchanie RWE nie należało do przyjemności. Poza tym, kiedy radio w pokoju rodziców wyło i charczało prosili, żebym wyszła i zajęła się odrabianiem lekcji.

Tym razem bez wstępów usłyszałam, że oto mamy nową sytuację, Ojciec może mi w końcu powiedzieć, że Stalin nigdy nie był przyjacielem Polski, wykonywał wobec nas ten sam plan, który wykonywali Niemcy – odcięcia narodowi głowy. Przeżyliśmy niemiecko-sowiecką intelligenzaktion. A ilu lat potrzeba, żeby odrodziła się inteligencja? Zdaniem Ojca i Pana Racięckiego więcej, niż pokolenie, może nawet dwa pokolenia. Usłyszałam jasno od Ojca, że w 1939 r. na Polskę napadli i Niemcy i Rosjanie.
Wyjęłam z szafy dwa bruliony, w jednym wklejałam zdjęcia znanych aktorek i aktorów w drugim Stalina: w mundurze, stojącego, siedzącego, na mównicy, wśród dzieci, z fajką. Zobaczyli i zdrętwieli. Widzisz Heniu, do czego doszło? kręcił głową pan Racięcki. Ja z moją córką rozmawiam, ona wie. Ojciec stropiony usprawiedliwiał się, że Halinka jest jednak ode mnie starsza.

Następnego dnia na specjalnym apelu dyrektorka oznajmiła,  że przestało bić serce wodza ludzkości. Możemy się nie wstydzić i płakać tak, jak ona. Wyciągnęła chusteczkę i potarła nią suche oczy. Mówiła tak zmienionym głosem, że mimo wczorajszej rozmowy z Ojcem i panem Racięckim – zapłakałam. Moja najlepsza koleżanka Malina, stała koło mnie i nie płakała wcale. Wyszeptała tylko, że jej ojca nie zabili Niemcy, jak myślałyśmy, tylko Stalin.
Pani dyrektor już normalnym głosem odczytała zarządzenie, które jej przysłano. W najbliższych trzech miesiącach w związku z żałobą nie wolno nam organizować żadnych prywatek, czy imienin w domach, tańców i śpiewów. Powinniśmy się skupić nad niewytłumaczalnym nieszczęściem, które nas dotknęło. Wyrwałam się: a chór? Filharmonia to co innego, śpiewajcie – opowiedziała szybko i zakończyła apel. 

Trzy osoby ja, Malina i Wojtek Kominek zostaliśmy przyjęci do Chóru Dziecięcego Filharmonii, po obowiązkowych przesłuchaniach, nazwanych przez panią dyrektor eliminacjami. Przybyli na nie z Filharmonii do naszej szkoły Halina Lisowska i Stanisław Wasiak. Dyrektorka dobrze ich znała. Lubiła muzykę symfoniczną i starała się poszczególnym klasom raz w miesiącu fundować bilety na koncerty, chodziliśmy na nie pod opieką wychowawczyń. Gdyby przesłuchania do chóru nie odbywały się z udziałem pani dyrektor, jako obserwatorki i strażnika odpowiedniego zachowania, prawie nikt by się na nich się nie pojawił. Tak było, dopóki szkolna brać nie dowiedziała się, że w chórze wypłacają zwrot za przejazdy w wysokości 60 zł miesięcznie (bilet do kina na legitymację szkolną kosztował 1,50 zł tramwajowy 20 gr), ale trzeba należało przyjść na wszystkie próby.
Ciężko jednak było chętnym przebić się przez Wasiakowe czułe ucho igielne, wspomagane uchem pani Haliny Lisowskiej. Próby odbywały się  w poniedziałki i piątki, od 17.00 do 19.00 najpierw w Romie na Nowogrodzkiej 49 (dzisiaj jest tam Operetka), potem w odbudowanym, dostojnym i ciepłym pod każdym względem gmachu Filharmonii Narodowej przy ulicy Jasnej. Tam przychodziłam, jako niczym nie wyróżniająca się chórzystka pierwszych głosów prawie do matury. Takich jak ja była większość, m.in. Andrzej Zoll w głosach drugich. W Chórze Dziecięcym Filharmonii liczącym ok. osiemdziesięciu osób, wyrosła taka gwiazda, jak Hanna Lisowska, uznana za jedną z najwybitniejszych światowych Wagnerianek.

P.S. Od Lecha - o śmierci Stalina i reakcji Filharmonii Narodowej pisaliśmy na tym blogu - KLIK.

wtorek, 06 października 2015, pharlap
Tagi: Wiesia

Polecane wpisy

  • Czas nie znika

    Wiesia Bieruta przywiezionego z Moskwy wystawiono na widok publiczny w gmachu KC PZPR. Stała nad nim palma. Należało przechodzić prawie biegiem, stojąc wcześnie

  • Wolność nadeszła z Krakowa

    Wiesia Po zakończeniu pierwszej licealnej kolejny raz byłam w Krakowie. Przyjechałam razem z rodzicami. Jak zwykle na drugi dzień czekał na nas w swoim atelier

  • Zaćmienia

    Wiesia Czekałam na zaćmienie Słońca. Zapowiedziano je 30 czerwca, zaraz po zakończeniu nauki na Nowolipiu. W Warszawie przewidywano niecałkowite, w Sejnach i Su