Ⓒ Copyright Lech Milewski i Tadeusz Gajl

Kopiowanie całości lub fragmentów na bezpłatnym internecie dozwolone pod warunkiem podania linku do tego blogu.

Kopiowanie na innych mediach tylko po uzyskaniu pisemnej zgody autorów.

Kontakt:
Lech Milewski: pharlap@gazeta.pl
Tadeusz Gajl:tadeuszgajl@gmail.com

Blog > Komentarze do wpisu

Bunt i stabilizacja

Lech  Lech

Szybko wdrożyliśmy się w nowy rytm życia. Mój udział był skromny i prosty. Po przyjściu z pracy wychodziłem z Anią na spacer. Wieczorem kąpałem ją, prałem pieluchy.

W pracy też było spokojnie. Jak dla mnie trochę za spokojnie. Niewielkie projekty dla budowlanej biurokracji nudziły mnie. Wolny czas wypełniałem zapoznawaniem się z bardzo bogatą biblioteką aplikacji opracowanych przez ICL. Był tam oczywiśćie konik naszego szefa - PERT, były systemy wyszukiwania informacji, optymalizacji, wiele systemów inżynierskich.

Tak doczekaliśmy zimy. Ponieważ teraz nie mieliśmy szansy wyjścia na imprezy kulturalne kupiliśmy telewizor. Pamiętam, że pierwszym filmem jaki obejrzeliśmy było Pozegnanie z bronia w G. Peckiem w roli głównej. Strasznie długi film, poszliśmy spać grubo po północy. Następnego dnia, popołudniu, Sylwia poszła z koleżanką na łyżwy. Zima była mroźna i na pobliskim stadionie Gwardii wylali wodę i zrobili sporą ślizgawkę. Panie wróciły dopiero po kilku godzinach - Sylwia z ręką w gipsie - złamanie w nadgarstku.

To był ogromny kłopot - jak sobie poradzić z niemowlęciem? Pracowałem dopiero kilka miesięcy i nie należał mi się urlop. Wydawało mi się oczywiste, że powinienem dostać zwolnienie lekarskie na opiekę nad żoną i dzieckiem. Nie dostałem. Dwa czy trzy dni coś tam pokombinowałem, ale na dłuższą metę to nie było możliwe. Sylwia z Anią przeniosły się do mieszkania Sylwii rodziców. Tam też nie było łatwo gdyż matka Sylwii była po wylewie i miała mocno ograniczoną ruchliwość.
Wydawało mi się to jawną niesprawiedliwością a przecież mieliśmy ustrój sprawiedliwości społecznej.

Interwencja

Postanowiłem zadziałać, zadzwoniłem do ministerstwa zdrowia. Tam kolejno w kilku działach dostawałem tę samą odpowiedź - nie możemy wydać zwolnienia lekarskiego zdrowej osobie. Próba połączenia się z ministrem zdrowia nie powiodła się. Postanowiłem zapukać o piętro wyżej - zadzwoniłem do gabinetu premiera (Jaroszewicza). Połączono mnie z osobistą sekretarką premiera. Brzmiała inteligentnie, głęboki głos przypominający czołową spikerkę telewizji, Irenę Dziedzic. Zrelacjonowałem sprawę krótko, zgodnie z prawdą i bardzo dramatycznie. Moja rozmówczyni była wstrząśnieta - jutro niedziela - do poniedziałku coś w tej sprawie zrobimy.
Rzeczywiście, całkiem wcześnie w niedzielę ktoś zadzwonił do drzwi, Elegancki pan, naczelnik jakiegoś departamentu w Ministerstwie Zdrowia. Wysłuchał sprawy i rozłożył bezradnie ręce -  nie możemy wydać zwolnienia zdrowej osobie - powtórzył znany mi argument. Pan powienien wziąć urlop. 
- Jaki urlop? Może bezpłatny? To z czego my będziemy żyć?
To czywiście nie była prawda, mieliśmy pewne zasoby gotówki, ale uważałem się za osobę głeboko skrzywdzoną przez biurokratyczny system.
Proszę przyjść jutro rano do rejonowej przychodni - zdecydował urzędnik - my tam przeprowadzimy kontrolę czy pana właściwie potraktowano. Poszedłem. Nie miałem zastrzeżeń co do zachowania lekarza, uważałem tylko, że przepisy nie były dość elastyczne. Chyba dali mi zwolnienie na 3 dni. Pojechałem dostarczyć je do pracy. Okazało się, że w dziale kadr też już mieli ministerialną kontrolę.
- Dlaczego pan ze mną o tym wszystkim nie porozmawiał - żaliła się kierowniczka kadr - znaleźlibyśmy jakieś wyjście. 
W rezultacie dostałem kilka dni urlopu wypoczynkowego, kilka dni urlopu bezpłatnego. Kilka dni Sywia z Anią spędziły u teściów i jakoś doczekaliśmy zdjęcia gipsu. Sylwia bardzo mężnie znosiła ból w nadgarstku. Mnie zrobiło się wstyd, że narobiłem tyle rabanu w sprawie, którą można było ugodowo załatwić. Ku mojemu zaskoczeniu, zamiast stać się pośmiewiskiem w pracy zyskałem spore uznanie...
- To jest facet, który, jeśli mu na czymś zależy, to potrafi nawet do premiera dotrzeć.

Już wkrótce przyszły efekty.

Andrzej ZienkiewiczW ETOB-ie funcjonowal zespół kontroli dużych projektów inwestycyjnych. Nie spotykało się tych ludzi często gdyż większość czasu spędzali w terenie. Ich kierownikiem był Andrzej Zienkiewicz. Ten człowiek promieniował energią i optymizmem. Przypominał mi ZMP-owców obudowujących Polskę i zwalczających analfabetyzm. 

Wyraźnie nie mieścił się z biurokratycznej strukturze ETOBu i postawnowił utworzyć niezależną pracownię na własnym rozrachunku. Tak powstała Pracownia EtobSystem. Nie minęło wiele czasu gdy zaproponowal mi pracę. Nie bardzo wiedziałem na czym będzie polegać ta praca, ale osobowość pana Andrzeja była magnetyczna. Postanowiłem to przedyskutować z moim szefem - inż. Husarskim. To był bardzo inteligentny i kulturalny człowiek, chyba żywił do mnie pewną sympatię, przypominał mi pana Tadeusza W. z Zelmotu, wiedziałem, że da mi dobrą radę. Poradził przyjąć propozycję. 
Pierwsza zmiana to system wynagrodzenia. Pracownia stosowała system biur projektów czyli niezbyt wysoka pensja plus premia zależna od wyników finansowych przedsiębiorstwa. W ETOB-ie dostawałem całkiem dobrą pensję - około 4,500 zł. Została chyba trochę zredukowana, ale na koniec kwartału wypłacono nam ponad 70% premii. Na marginesie dodam, że nadal kontynuowałem pracę na pół etatu w WZM. 

Zespół A. Zienkiewicza stosował do tego czasu tylko jeden system komputerowy - PROKOM - kontrola dużych projektów. System funkcjonowal na polskich komputerach ZAM, należało przenieść go na ODRĘ. Zaoponowałem - przecież tu funkcjonuje PERT, który na pewno spełni wszelkie wymagania użytkowników. Pan Andrzej tarł czoło - musimy się nad tym zastanowić, na razie mam dla pana kilka drobnych programów, ale pomyślimy o czymś większym.

A tymczasem w rodzinnym gnieździe... 
Wszystko biegło jednostajnym rytmem. Ania nie sprawiała wiele kłopotu, Sylwia starała się ją wdrożyć w regularny rytm posiłków, snu, spacerów. Zdawało to egzamin. Pamiętam nasze wysiłki by zapobiec ssaniu palca. Ania dostawała smoczek do ssania, ale w nocy gubiła go i ssała palec. Sylwia nie ustąpiła - dyżurowała przy łóżeczku i gdy Ania ssała palec podtykała jej smoczek. Poprosiła mnie o pomoc, ale oczywiście przespałem krytyczny moment i zostałem usunięty z tej funkcji.

Dla mojej Matki narodziny Ani były dużym wydarzeniem. Po pierwsze cieszyła się, po drugie i ważniejsze martwiła się, że na mnie spadły dodatkowe obowiązki, po trzecie - najmniejszy płacz czy krzyk Ani ogromnie ją niepokoił i sceptycznie odnosiła się do metod stosowanych przez Sylwię. W efekcie każda wizyta Babci była dość stresująca dla wszystkich stron.

Nadeszło lato. Nie należał mi się jeszcze urlop więc Sylwia i Ania spędziły 2 tygodnie lata w Bierutowicach w zaprzyjaźnionym domu wczasowym...

BierutowiceI krok

Reszte lata spędziły u Sylwii cioci we Włocławku. Stosunki Sylwii z ciocią były bardzo serdeczne, na dodatek córka cioci też miała córkę w wieku podobnym do Ani więc łatwiej było podzielić się obowiązkami. Ja dojeżdżałem tam na niedziele...

Włocławek

P.S. Polecam wspomnienie o A. Zienkiewiczu napisane przez jednego z jego najbliższych współpracowników - KLIK.

środa, 30 września 2015, pharlap

Polecane wpisy

Komentarze
Gość: w.mazu944r@upcpoczta.pl, *.dynamic.chello.pl
2015/09/30 10:13:31
zuch