Ⓒ Copyright Lech Milewski i Tadeusz Gajl

Kopiowanie całości lub fragmentów na bezpłatnym internecie dozwolone pod warunkiem podania linku do tego blogu.

Kopiowanie na innych mediach tylko po uzyskaniu pisemnej zgody autorów.

Kontakt:
Lech Milewski: pharlap@gazeta.pl
Tadeusz Gajl:tadeuszgajl@gmail.com

Blog > Komentarze do wpisu

Socjalne luksusy studenta

 Tadeusz
Po zdanym egzaminie do wyższej uczelni artystycznej uczułem, że wkraczam na zupełnie nową drogę. Przed rozpoczęciem roku akademickiego miałem jeszcze bardzo dobry wypoczynek po moich nazbyt urozmaiconych ostatnich kilku miesiącach. Pojechałem do sanatorium w Szczawnie-Zdroju. Standardowe sanatorium to było darmowe 28 dni pobytu oraz  zwrot kosztów przejazdu. W PRL dla studentów istniała bardzo dobrze zorganizowana służba zdrowia. W Łodzi do dyspozycji były specjalistyczne przychodnie najlepszej medycznej uczelni czyli Wojskowej Akademii Medycznej. Otrzymanie miejsca w sanatorium w czasie letnim to była oczywistość. Przychodnie stomatologiczne były na najwyższym poziomie. Popularnie nazywaliśmy to "palmą" - Pomoc Lekarska Młodzieży Akademickiej. Formalnie byłem nadal studentem Uniwersytetu, stąd miejsce dla mnie znalazło się jeszcze przed przed rozpoczęciem toku studiów w nowej uczelni.  W sanatorium ze wskazaniem na leczenie kamicy i ogólnego mnie wzmocnienia miałem zlecone wiele zabiegów balneologicznych, ale większość opuszczałem.  Najprzyjemniejsze było granie w brydża w doskonalym gronie imponujących partnerów z elit warszawskich uczelni - były wakacje i szacowni profesorowie mieli swój czas na bywanie u wód. Byłem beniaminkiem brydżystów - jako bardzo młody, a jednak grać umiejący. Bardzo to bechtało moją ambicję. Najlepszy dom zdrojowy, którego byłem pacjentem, główne pomieszczenie socjalne czyli odpowiednik swietlicy miał w sali balowej z kilkunastoma stolikami do gry w brydża pokrytymi zielonym suknem, z pięknymi fotelami i dwiema popielniczkami na stojaczkach na  dwóch rogach stolika. Najciekawszym zabiegiem na moje kamienie nerkowe było picie na czczo wody mineralnej, piwa i dodatkowo zastrzyk rozkurczowy. Niewiele to jednak pomogło, dopiero w następnych latach, gdy zawitał u nas rock-and-roll podlany alkoholem spowodował on upragniony poród.  Zabiegiem powszechnie zalecanym w tamtych czasach, a dziś traktowanym jako zabójcze działanie, były naświetlania lampami kwarcowymi dające poza wytworzeniem witaminy D, piękną opaleniznę. Ponieważ tragicznych skutków naświelania promieniami UV jeszcze nie znano więc zaszkodzić mi nie mogły, to i nie zaszkodziły. Naświetlania kwarcówkami nie były jednak tylko obrazem nieświadomości i staroświeckości tamtej medycyny. Aż do lat sześćdziesiątych krzywica, obok gruźlicy, była bardzo powszechnym schorzeniem, spowodowanym właśnie brakiem witaminy D. Dzieciaki bardzo często miały sterczące dolne żebra - taki typowy, prócz krzywych nóg, symptom tej choroby. 
Po sanatorium posiedziałem 2 tygodnie u brata mamy, wujka Czesława, pracownika służby celnej w Małaszewiczach. Obsługiwał stację przeładunków ropy z ZSRR i mieszkał w przepięknym zbudowanym z dala od innych siedzib osiedlu malutkich, zgrabnych domków jednorodzinnych. Wujek Czesław był jednym z tych, którzy gdy Piłsudski wkroczył do Kielc w 1914 roku to do niego dołączyli - znalazł się w słynnej I Brygadzie wśród ułanów Beliny-Prażmowskiego.


Sprawował się tam na tyle walecznie, że Krzyż Walecznych otrzymał. Wujek Czesiek był idealnym przykładem weterana, który w cywilu niezbyt się znajduje i dawne wojskowe obyczaje chciałby na starość zachować. 
Początek roku akademickiego był radosny. Dostałem stypendium 500 zł. Miejsce w akademiku i wszystkie posiłki w stołówce - łączne koszty niewiele przekraczały stypendium. Akademik mieścił się w starej kamienicy na Bałutach - taki odpowiednik ówczesnej warszawskiej Pragi. Pokój dla trzech studentów  około 14 m2, umywalka z zimną wodą, piec kaflowy (rano przychodziła kobieta paląca w nim), 2 biurowe szafy na ubrania, podłoga drewniana - deski, na ścianie wisiał głośnik radiofonii bezprzewodowej, taki, jaki miałem w Kielcach. Ubikacja na piętrze jedna, obok niej kuchenka gazowa, prysznic w piwnicy z wyznaczonymi godzinami ciepłej wody, której ostatnim użytkownikom  to już brakowało.  Rzecz oczywista - akademik męski. Skład był bardzo zróżnicowany ponieważ to był akademik szkół artystycznych. Aktorzy byli największą atrakcją ponieważ wspaniale umieli opowiadać dowcipy i zwyczajne opowieści, z tych do dziś znanych pamiętam Malanowicza, Bukowskiego, Rajzachera. Najbardziej uciążliwi byli muzycy, ktorzy ćwiczyli na swych instrumentach - wyganianie ich do piwnicy nie likwidowało strasznych dźwięków powtarzanych gam. My plastycy najczęściej graliśmy w kanastę lub brydża. Przed sesją, gdy już należało wykonać "artystyczne" prace, albo wkuć jakieś techniczne szczegóły, dla przerwania passy karcianej ustawiliśmy na podłodze domek z kart i podpaliliśmy. W moim pokoju było nas trzech z różnych lat. Jednakże ponieważ najważniejsza część przedmiotów była ta sama - malarstwo, rysunek, kompozycja - nie było ani hierarchii ani animozji. Dziewczyny nas odwiedzające musiały w portierni na dole zostawiać legitymacje, po 22 były głośno przez portiera wywoływane i  wypraszane. Nie pamiętam ani jednego incydentu, wrzasków ani awantur alkoholowych - choć wino pite było - najbardziej lubiliśmy różne wytrawne węgierskie i tuniską Gelalę. Na piwo jeszcze moda nie nastała. Stołówka akademicka była dla tej samej artystycznej braci. Znajdowała się w suterenie pięknej, ale wówczas mocno zaniedbanej, pałacowej siedziby szkoły aktorskiej i muzycznej. Tu były już obie płcie i ta druga ozdabiała szarą, piwniczną atmosferę buziami pięknej Poli Raksy, Joanny Jędryki czy Starosteckiej - dziewcząt wtedy bardzo bezpretensjonalnych i koleżeńskich. Przy aktorkach nasze i muzyczne koleżanki były trochę myszowate.
Jedzenie było takie sobie, najgorszy był w poniedziałki na obiad surowy śledź z kartoflami i kiszoną kapustą (w PRL piątki bezmięsne były w poniedziałki). Można było dostać dolewkę zupy i dodatkowe kromki chleba - to była też rezerwa wykorzystywana przez kolegów, którzy obiadów akurat nie wykupili. Po obiedzie czasami, gdy nie mieliśmy popołudniowych zajęć, stołówka służyła jako klub, rozmowy przy stoliku, dyskusje, granie w zapałki, dopóki nas kucharki nie wyprosiły. Palenie oczywiście wszędzie dozwolone. Śniadań nie pamiętam, chyba robiliśmy sobie byle co w akademiku. 
Dojazd tramwajem był dość długi. Tramwaje  tamtych czasów miały swoją specyfikę, zupełnie poza tematem studiów. W okresie dużego ruchu były zapchane i przy wejściach wisiały winogrona czyli grupki pasażerów stojących jedną stopą na progu, i jedną ręką trzymających się jakiejś poręczy. Drzwi tramwaju przeważnie były otwarte podczas jazdy. W każdym wagonie był konduktor, który sprzedawał i kasował bilety.  Jazda na gapę była praktycznie niemożliwa (poza wiszeniem przy wejściu na zewnątrz). Ale bilet kosztował tylko 15 groszy - ulgowy oczywiście, normalny całe 45. Grą na przetrwanie było dobieganie do jadącego tramwaju i wskoczenie na skrawek stopnia łapiąc się jednocześnie jakiegoś wystającego fragmentu, czasem dłoni kolegi.  Wyskakiwanie w biegu także wymagało wprawy - należało gwałtownie przed skokiem odrzucić się do tyłu - szybkość odrzutu odejmowała się od szybkości pojazdu i lądowanie było stosunkowo bezawaryjne. Te metody stosowane były także przy pociągach. Przy wskakiwaniu do rozpędzonego już pociągu zginął we Wrocławiu Zbyszek Cybulski. 
Taki jest mój wakacyjny i socjalny wstęp do opisu nowych studiów.

piątek, 03 lipca 2015, tg1940

Polecane wpisy

Komentarze
Gość: powsinoga.9, *.hsd1.il.comcast.net
2015/07/04 04:41:40
Przed wyskoczeniem z tramwaju odrzucić się do tyłu???
Coś podobnego! W okresie licealnym często podjeżdżałam tramwajem do szkoły. To były tylko trzy przystanki, więc zwykle się chodziło, ale coś w tym było kuszącego - w wiszącej jeździe na stopniach i w wyskakiwaniu w biegu między dwoma przystankami, bo tak było najbliżej do szkoły.
Ale po skoku ze stopnia biegło się kawałek do przodu, wytracając szybkość i to była bezpieczna metoda. Tak mnie nauczyli koledzy i nigdy się nie potknęłam. Rzut do tyłu wygląda na działanie wprost przeciwne do mojego. Chyba czegoś nie rozumiem...
-
2015/07/04 06:01:19
Do tematyki tramwajowej dodam coś z gwary warszawskiej - ludzie wiszący na stopniach to było winogrono. Niektórzy jechali na uchwycie z tyłu ostatniego wagonu służącym do przyczepienia kolejnego wagonu - to nazywało sie: jazda na cycu.
-
2015/07/04 11:38:00
Powsinogo, odrzucenie do tyłu odejmowało szybkość ciała, mniej już podczas biegnięcia zostawało do wyhamowania. Można zrobić wzór na zatrzymanie się po jeździe tramwajem: V- (V1+V2)= 0 gdzie V - szybkość tramwaju, V1 - szybkość odrzutu, V2 - szybkość pobiegnięcia. Przypuszczam, że dziewczęta wyskakują z wolniej jeżdżących pojazdów, stąd V1 może nie występować czyli być równe 0. :)
-
Gość: powsinoga.9, *.hsd1.il.comcast.net
2015/07/05 13:18:58
"...dziewczęta wyskakują z wolniej jeżdżących pojazdów,"

Tak, myślę, że wyskakiwanie z pendolino moją prymitywną metodą nie byłoby bezpieczne. W tym przypadku z pewnością potrzebny byłby zdecydowany odrzut do tyłu. Gdyby można było otworzyć drzwi, oczywiście.